Dziś jest 10 kwietnia 2026 roku. Minął dokładnie miesiąc od dnia, w którym umarł Stefan. Najtrudniejszy miesiąc mojego życia, podczas którego musiałam nauczyć się jak na nowo oddychać. Z domu zniknął jeden mały kot, a ja czuję jakby ktoś zabrał mi pół świata…
Stefan nie umarł sam. Został poddany eutanazji. W domu, w spokoju, na ulubionym fotelu. Byłam z nim do samego końca, trzymałam go, głaskałam, uspokajałam. A on po prostu to przyjął: spokojnie i cicho. Dlaczego się na to zdecydowałam? Żeby to zrozumieć musicie cofnąć się ze mną do początku roku.
Styczeń 2026 – Początek końca
O tym, że Stefan przez niemal całe życie zmagał się z problemami jelitowymi wie chyba każdy, kto w jakikolwiek sposób poznał tego kota. To właśnie przez jego dolegliwości ja musiałam stać się tym, kim jestem dziś, czyli m.in. kocią zoodietetyczką. Dlatego też gdy w Sylwestra Stefan poczuł się gorzej nie byłam specjalnie zdziwiona. Zastosowałam standardowy mix leków i suplementów, których używałam w takich sytuacjach i który był bardzo starannie dobrany przez lekarzy dbających o stefanowy stan zdrowia. Zwykle poprawa następowała wówczas w ciągu 24-48h. Tylko, że tym razem nie nastąpiła…
Stefan był coraz słabszy, chudł w oczach, odmawiał jedzenia, a do tego męczyła go bardzo silna biegunka, którą udało się skutecznie zatrzymać dopiero po tygodniu! Przez ten tydzień on dosłownie skurczył się o połowę i zapadł w sobie. Dostawał preparaty wzmacniające i kroplówki wzbogacane specjalnymi koktajlami aminokwasowo-witaminowymi, ale niewiele to dawało. Badania krwi wskazały na dramatycznie niedobory żelaza i początki anemii, więc oczywiście natychmiast zostało włączone leczenie. W tym czasie jego waga spadła w okolice 2,5 kg. Jednak mimo tego on się nie poddawał.
Awanturował się, marudził, narzekał, a jednocześnie co wieczór przychodził do łóżka, gdzie na stałe pojawiła się ogromna mata grzewcza, na której chętnie się układał (ze względu na niemal całkowity brak tkanki tłuszczowej na tamtym etapie łatwo się wychładzał, a ja chciałam tego uniknąć). Choć jadł niewiele, to jednak waga przestała spadać a jelita podjęły względnie normalną pracę. Sytuacja wydawała się względnie ustabilizowana, ale ja już wiedziałam, że pożegnanie zbliża się nieuchronnie. Nie wiedziałam tylko kiedy nadejdzie…

Luty i początek marca 2026
W kolejnych tygodniach Stefan stawał się coraz słabszy. Bardzo dużo spał, trochę jadł, ale już bez takiego apetytu i zaangażowania jak kiedyś. Ja chodziłam za nim z malutkimi spodeczkami, na które nakładałam dosłownie 1-2 łyżeczki BARFa. Wtedy zjadał go najchętniej, najbardziej mu smakowało.

Niestety do tego wszystkiego przyplątał się katar i lekkie łzawienie lewego oka. Na to też zwykle mieliśmy swoje sposoby. Wypróbowałam wszystkie – żaden nie zadziałał. Jeśli przychodziła poprawa, to tylko chwilowa. A potem wszystko wracało i Stefanowi coraz trudniej było oddychać z powodu opuchniętych śluzówek.
Tymczasem wielkimi krokami zbliżał się mój zaplanowany pół roku wcześniej, tygodniowy urlop, który miałam spędzić w Rzymie. I ta wizja dosłownie spędzała mi sen z powiek. No bo przecież jak miałabym wyjechać i go zostawić (pomimo tego, że miał zagwarantowaną najlepszą opiekę)? Im bardziej zbliżał się wyjazd, tym bardziej byłam gotowa na to, by wszystko odwołać. Aż nadszedł weekend.
Weekend 7-8 marca i nadchodzący po nim poniedziałek
Obserwując Stefana bardzo uważnie przez te dwa dni widziałam wyraźnie, że ma coraz mniej energii. Dlatego też podjęłam decyzję o tym, by w poniedziałek 9 marca zabrać go na badania krwi. Chciałam też pobrać wymaz z nosa i wysłać materiał na posiew, by wreszcie ustalić co się tam dzieje i jak można mu skutecznie pomóc.

Na badaniach zameldowaliśmy się wczesnym popołudniem, co oznaczało, że Stefan tego dnia nie dostał śniadania. Widziałam, że mu się to nie spodobało, ale niestety – musiał być na czczo. W lecznicy udało się pobrać zarówno krew jak i materiał na posiew a niezastąpiona dr Karolina Ściubisz z Gabinetu weterynaryjnego „Pupil” w Gliwicach stwierdziła, że zrobimy też USG. I tu pojawiły się pierwsze znaki, że nie jest dobrze. Wszystkie narządy wewnętrzne były niesamowicie obkurczone, malutkie i choć w ich budowie nie było widać wyraźnych anomalii (nawet jelita pracowały poprawnie), to jednak wszystko to wyglądało trochę tak, jakbyśmy zaglądały do wnętrza mumii… Stwierdziłyśmy jednak, że poczekamy jeszcze na wyniki badania krwi i wtedy zdecydujemy co dalej. Zwłaszcza, że jak na siebie, Stefan czuł się całkiem dobrze i nawet zwyzywał nas swoim zwyczajem w trakcie badania.
Po powrocie do domu chętnie zjadł porcję BARFa oraz kolejne posiłki, które mu przynosiłam. Ostatni z nich był w okolicach godziny 18:00, ale już widziałam, że je go bez przekonania a połowa porcji została na talerzyku. Od tego momentu nie zjadł już nic. Ja wciąż jednak liczyłam na to, że może jak się prześpi, to rano jego apetyt wróci – w końcu bywało tak nie raz.
10 marca 2026 – nasz ostatni dzień
Od rana widać było, że coś jest mocno nie w porządku. Stefan był bardzo apatyczny, nie chciał absolutnie nic zjeść (nie zadziałały puszki, smaczki, sosy, filetówki, nawet parówki go nie zainteresowały – bo w tamtym momencie chwytałam się już wszystkiego). Co więcej – kroplówka, którą dostał podskórnie poprzedniego dnia, nie wchłonęła się pomimo upłynięcia kilkunastu godzin od jej podania. A to jest ZAWSZE złe rokowanie. Do tego był bardzo chłodny a co najgorsze… zaczął uciekać od ciepła.
I teraz możecie mnie nazwać nawiedzoną babą, szarlatanką albo wariatką, ale moje życie z kotami nauczyło mnie jednej bardzo ważnej rzeczy: zwierzę, które ucieka od źródła ciepła, to bardzo często zwierzę, które się poddaje. I to właśnie zaczął robić Stefan. Kładł się na boku na kuchennych zimnych kaflach i wyciągał na całą długość. Tak, jakby chciał jak największą powierzchnią swojego chudego i zmęczonego ciała dotykać zimnej podłogi. Gdy tylko go zabierałam – natychmiast tam wracał. Co więcej, jego oddech też powoli zwalniał, a głowa wyciągała się w przód, co z kolei jest charakterystyczne dla zwierząt, którym brakuje tlenu. I wtedy przyszły wyniki badania krwi:


Muszę przyznać, że choć wiele rzeczy w życiu widziałam, to tego się nie spodziewałam. Poziom jego anemii był tak potworny, że w sekundzie dotarło do mnie, że nie mamy już żadnych szans. Jego krew nie była w stanie rozprowadzać tlenu po organizmie. Jedyne, co na niego czekało, to powolna agonia i śmierć przez uduszenie. A na to nie mogłam pozwolić. Dlatego zadzwoniłam do gabinetu prosząc o jak najszybszą eutanazję.
To doktor Karolina zaproponowała, że przyjdzie do nas, żeby Stefan już niczym nie musiał się stresować. To ona znalazła odpowiednią żyłę i podała leki. Ja natomiast skupiłam się na tym, żeby cały czas być obok. Tak, żeby czuł moją obecność do samego końca i żeby absolutnie ani przez sekundę nie poczuł się sam. Żeby się nie bał. I żeby nie cierpiał ani minuty dłużej. Bo właśnie na tym zależało mi najbardziej.
Ostatnia droga i powrót do domu
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, najgorsza nie była sama eutanazja. Ona przyniosła ulgę, zabrała cierpienie, dała wolność od bólu. Najtrudniejsze było to, co stało się potem. Jego małe, kruche ciałko, które wydawało się nic nie ważyć. Wciąż ciepłe, a jednak już bez życia. I decyzje, które nadal trzeba było podejmować, choć wiedziałam, że Jego już ze mną nie ma…
Rozważałam wcześniej w głowie różne formy pochówku i ostatecznie zdecydowałam się na indywidualną kremację z opcją odbioru prochów. Cała procedura odbyła się poprzez gabinet weterynaryjny i doktor Karolinę, która zadbała o wszystko z najwyższym profesjonalizmem. Po około tygodniu dostałam informację, że mogę po „niego” przyjść. Dostałam piękną torbę a w niej podpisaną tekturową urnę oraz dokument potwierdzający indywidualną kremację. Dlaczego tak? Bo jego docelowa urna już wtedy czekała w domu…

Mój sen o Stefanie
Przyznaję się bez oporów, że jestem człowiekiem, który śni dużo i, że tak powiem, na bogato. Moje sny często są dziwne, zagmatwane, a po przebudzeniu pamiętam z nich tylko urywki. Ale jest taki jeden, który zapisał się w mojej głowie tak mocno jakby ktoś wykuł go w kamieniu. To sen, w którym jesteśmy ze Stefanem w domu moich dziadków. To był jednorodzinny dom w dużym tarasem. Jesteśmy w środku, ale on uporczywie prowadzi mnie do drzwi. Idę więc za nim, otwieram drzwi na taras, ale tarasu nie ma. Jest pustynia i długa, kamienna droga, po której on prowadzi mnie za sobą, z ogonem dumnie uniesionym w górę. I gdy tak idziemy, to z piaskowej mgły zaczynają wyłaniać się po kolei najpierw piramidy, potem starożytne świątynie, rzeźby sfinksów, a dalej coraz mniejsze posągi przedstawiające egipskich bogów, aż dochodzimy do niewielkich podobizn skarabeuszy. Wtedy droga się kończy. Dalej jest tylko pustynny piach. Zatrzymuję się więc i pytam: „Co teraz?”. A on odwraca się i mówi: „Ty wracasz, ja idę dalej.” I odchodzi, niknąc w pustynnym piasku.
Nie, nie wymyśliłam tego na potrzeby tego wpisu, żeby się lepiej klikało. To naprawdę wydarzyło się w mojej głowie. Dlatego gdy przyszło podjąć mi te ostatnie decyzje nie wahałam się ani chwili. Dziś Stefan znów jest w domu – jego prochy spoczywają w urnie, która oddaje hołd jego niezwykłej, magicznej duszy.

Poruszająca lawina wiadomości
To, co było dla mnie niezwykle wzruszającym przeżyciem, to ilość wiadomości, kondolencji i wyrazów współczucia, otrzymanych od ludzi wokół mnie. I to pomimo tego, że dla wielu moich odbiorców Stefan był zaledwie „tym rudo-białym kotem z Internetu”. Tymczasem okazało się, że dosłownie tysiące osób poruszyło jego odejście. I to właśnie dzięki spływającym wyrazom współczucia dotarło do mnie, że to nie jest tak, że byliśmy tylko my – on i ja. Bo razem z nami było całe morze ludzi, które nam kibicowało, przeżywało razem z nami wszystkie dobre i złe chwile. Byli ci, którzy trzymali za niego kciuki gdy chorował i ci, którzy składali mu życzenia na urodziny. Najbardziej wzruszający był dla mnie moment, w którym zostałam zapytana przez osobę, którą poznałam jedynie przez internetowy komunikator, czy może wysłać mi kwiaty. Chyba nigdy nic tak bardzo mnie nie poruszyło jak ten prosty gest wsparcia.
Magdo, jeśli to czytasz – dziękuję <3

Informacja „zza grobu”
Przez całe to zamieszanie nie zdążyłyśmy odwołać badania bakteriologicznego z materiału pobranego ze stefanowego nosa. A że ten rodzaj badań ma to do siebie, że zwykle trwa kilka dni, to jego wyniki przyszły już po śmierci. I oto, co się okazało:

Jak widać życie w nosie Stefana kwitło bujne, natomiast to, co najbardziej mnie zastanowiło, to łacińska nazwa Proteus mirabilis. Postanowiłam więc nieco zgłębić temat i oto czego się dowiedziałam:
„Proteus mirabilis to Gram-ujemna, fakultatywnie beztlenowa, pałeczkowata bakteria redukująca azotany, indoloujemna. Wykazuje ruchliwość rojową i aktywność ureazy. Jest jednym z najczęstszych czynników infekcyjnych dróg moczowych u zwierząt domowych, zwłaszcza u psów. Jest naturalnie odporna na kilka antybiotyków, takich jak tetracyklina, nitrofurantoina i benzylopenicylina. Na twardych powierzchniach, takich jak płytki agarowe, te bakterie poruszają się w zorganizowany sposób, tworząc koncentryczne pierścienie. To jakby urządzały sobie bakteryjny taniec na dyskotece!”*
Co robiła bakteria atakująca układ moczowy w nosie Stefana? Nie wiem. I nie chcę wiedzieć, bo mój mózg mógłby nie znieść tej odpowiedzi. Ale najlepsze jest to, jak tę bakterię nazywamy po polsku. Jest to… Odmieniec dziwaczny. Tak, Stefan miał w nosie bakterię, która była dokładną kwintesencją jego samego. Naprawdę, ten kot potrafi wywołać uśmiech na mojej twarzy nawet zza grobu 🙂
Podsumowanie na koniec
Każdy kot jest jedyny, wyjątkowy i niepodrabialny. I nie zamierzam z tym dyskutować. Ale Stefan, nawet jak na kota, był ponadprzeciętny. A jeszcze bardziej niesamowite było to, że trafiliśmy na siebie: on i ja. Bo bez niego nie byłabym tym człowiekiem, którym jestem dzisiaj. Nie byłoby spędzonych wspólnie 19,5 lat, z których większość oboje przeżyliśmy na kredyt. Bez niego nie byłoby dziesiątek kursów, szkoleń i wykładów, nie byłoby artykułów, książek ani studiów. Nie byłoby kilku roczników behawiorystów, których mogłam uczyć dzięki NIEMU. Dlatego życie bez niego jest tak rozpaczliwie trudne. Ale z drugiej strony jego dziedzictwo zostanie z nami, kociarzami, na lata.

Podziękowania
Na koniec chciałam serdecznie podziękować osobom, które wsparły mnie swoją wiedzą i doświadczeniem w chwili podejmowania tej ostatecznej decyzji. Tym, które za Tęczowy Most przeprowadziły bardzo wiele kotów. Tym, które powiedziały: tak, to ten czas, nie wydaje Ci się.
– lek. wet. Karolinie Ściubisz,
– tech. wet. Aleksandrze Stasiorowskiej,
– Karolinie Józefowicz,
– Katarzynie Rusin-Czubaj.
Nie ma słów, którymi mogłabym opisać ogrom mojej wdzięczności dla Was. Również za to, że nie zostałam z tym sama…
Na koniec dziękuję też mojemu najdroższemu przyjacielowi, Jackowi Dukowi. To Ty znalazłeś tego małego, chorego pokurcza, to Ty przyniosłeś go do mnie i oddałeś pod moją opiekę, choć pierwotnie maił trafić w inne ręce. I to Ty na koniec powiedziałeś o nim najpiękniejsze słowa na świecie:
„To był dzielny Pyszałek”
I już nikt, nigdy, nie powie nic bardziej „w punkt”.

*część zacytowanych elementów opisu bakterii Proteus mirabilis pochodzi z profilu „Vetlab Polskie Laboratoria Weterynaryjne” na Facebooku z posta opublikowanego 6.08.2024.
