Dlaczego nie strzelam w Sylwestra

Najprostsza odpowiedź na to pytanie brzmi: „Bo nie chcę, by z powodu mojej rozrywki cierpiały inne stworzenia”. I mam tu na myśli nie tylko tzw. „zwierzęta właścicielskie”, czyli psy czy koty w naszych domach, ale też zwierzęta miejskie czy podmiejskie – takie, którym nikt nie przygotuje na tę noc spokojnej kryjówki i nie zadba o ich bezpieczeństwo. I choć coraz więcej ludzi myśli tak jak ja, to jednak wciąż pojawiają się tacy, dla których idea rezygnacji z głośnych fajerwerków jest niezrozumiała. Mówią wtedy „bez przesady, to tylko krótka chwila!” albo „bzdury, mój pies/kot wcale się tak nie boi…” bądź też twierdzą, że nigdy nie widzieli by z powodu Sylwestra stała się jakaś faktyczna krzywda. No więc, szanowni państwo, poznajcie Kasztankę – kotkę, dla której sylwestrowa noc zmieniła wszystko…
(UWAGA – WPIS ZAWIERA ZDJĘCIA Z OBDUKCJI WETERYNARYJNEJ I MOŻE BYĆ NIEODPOWIEDNI DLA DZIECI LUB OSÓB WRAŻLIWYCH NA WIDOK RAN). 

Kasztanka była typowym kotem miejskim – urodzona na działkach była dokarmiana przez starszych Państwa, którzy kotce i jej rodzinie udostępnili własny garaż. Nie lubiła ludzi i nie potrzebowała kontaktów z nimi. Przychodziła tylko na posiłki lub aby schronić się przed złą pogodą. Była wykastrowna, podobnie jak wszystkie inne koty z tej grupy, które stopniowo odławiałam do zabiegów jeszcze jako fundacyjna wolontariuszka. Była też młoda – nie miała więcej niż 2 lat.

Telefon od zaniepokojonego Pana Karmiciela odebrałam 3 stycznia 2012 popołudniu. Powiedział, że Kasztanka pojawiła się pierwszy raz od Sylwestra i że ma problemy z chodzeniem – podejrzewał złamaną nogę. Nie zwlekając zabrałam sprzęt i cudem złapaną powtórnie kotkę zawiozłam do lecznicy. Tam okazało się, że noga nie była złamana, lecz urwana w połowie uda – połamana kość udowa sterczała z kikuta, a poważne obrażenia odniósł także ogon. Lekarz badający kotkę orzekł, że stopnień zmian w tkankach świadczy o tym, że do wydarzeń musiało dojść minimum 48 godzin wcześniej. A więc w Sylwestra….

Od razu wyjaśniam – nie wiemy co DOKŁADNIE się stało. Czy kotka straciła łapę w wyniku wybuchu petardy, czy też np. przerażona hałasem wbiegła pod nadjeżdżające auto (a dodam, że okolica, którą zamieszkiwała, przez wielu jest uważana za „bezpieczną dla kota”). Nie dało się tego ocenić z samych ran. Wiadomo było natomiast że trzeba działać. Konsultacja z drugim chirurgiem potwierdziła, że zarówno resztki łapy jak i ogon należy natychmiast całkowicie usunąć, a potem zrobić wszystko co się da, by uchronić zwierzaka prze zakażeniem. Kasztanka przeszła skomplikowaną operację, po której trafiła do klatki z założonym na szyję kołnierzem i tam musiała dzielnie znosić dalsze procedury – podawanie leków, przemywanie i płukanie pooperacyjnych ran itd. Dziki kot, w klatce, uczący się na nowo życia  w takich warunkach. Bo już wtedy było wiadomo, że Kasztanka do swojego garażu wrócić nie może.

Mijały tygodnie, a Kasztanka zupełnie nie była zainteresowana nawiązywaniem relacji ani ze mną, ani z innymi ludźmi. Była grzecznym i spokojnym kotem, pozwalała robić przy sobie wszystko co było konieczne, lecz za każdym razem dosłownie kamieniała ze strachu. Za to zaczęła nawiązywać kontakt z moimi kotami, które w naturalny sposób ją interesowały. I kiedy ja zachodziłam w głowę gdzie ją umieścić po tym jak już dojdzie do siebie, los uśmiechnął się do kici.

Historia Kasztanki urzekła osobę, która już wcześniej adoptowała ode mnie inną mało społeczną kotkę, świadomie dając dom kotu, który za ludźmi nie przepadał. A teraz ta sama osoba otworzyła swoje drzwi przed Kasztanką. I tak moje dwie podopieczne, Maruda i Kasztanka zamieszkały pod jednym dachem z Panią, która nie naciskała na zwierzaki domagając się mruczenia, czy wylewnego kontaktu. Pani czekała. I się doczekała 🙂

Dziś Kasztanka, zwana w domu Króliczkiem ze względu na śmieszny sposób poruszania się, jest szczęśliwym, zaopiekowanym kotem, któremu się udało.  Miała szczęście. A ile zwierząt go nie miało? Nie chcę nawet próbować odpowiadać na to pytanie. Dlatego powtarzam i apeluję – nie strzelaj w Sylwestrową noc. I nie, to ie jest tak, że pojedyncza decyzja jednej osoby nic nie zmieni. Zmieni. Zwłaszcza, jeśli pieniądze, które miały „pójść z dymem” zostaną przeznaczone na jakiś szczytny cel pomocy potrzebującemu zwierzakowi. Wtedy zmieni tym bardziej…

A tak wyglądała nasza gwiazda po pół roku w nowym domu, zajęta zabawą, bezpieczna i zaopiekowana. Prawda, że pięknie? 🙂

Tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar