Kociak w domu – czy jesteś na to gotów?

Kociak. Mała, puszysta kuleczka, ze sterczącym ogonkiem i uszkami, chodząca słodycz i urok, różowy języczek, którym maluch liże człowieka po twarzy, igiełkowate ząbki, którymi zabawnie chwyta nasze palce, drobne łapeczki z poduszkami uroczymi jak małe pluszowe misie. Nic tylko się rozpłynąć. To widzi większość ludzi. A co widzę ja? Małego demona. Nie dlatego, że kocięta są złe lub że coś z nimi jest nie tak. Tylko dlatego, że takie są fakty 😉

Czy kociak to na pewno miniaturowy kot?

I tak i nie. Trudno przecież, żeby mały kot był czymś innym, niż duży kot. Jednak mam wrażenie, że z małymi kotami jest jak z małymi pomidorkami w odmianie cherry – niby pomidor, ale jakiś taki skoncentrowany, więcej smaku w małej objętości. I tutaj jest podobnie. U kociaka wszystko jest bardziej intensywne: aktywność, eksploracja, zabawy łowieckie, potrzeba kontaktu tu i teraz, interakcja, sen, jedzenie. Mały kot robi wszystko na 150%. Jest to jak najbardziej uzasadnione trybem jego rozwoju – od momentu przyjścia na świat do chwili, w której musi być całkowicie samodzielny, malec ma do dyspozycji raptem 12-16 tygodni. Po tym czasie jego matka nie będzie się już na niego oglądać, bo będzie albo w końcówce kolejnej ciąży, albo też będzie już opiekowała się kolejnym miotem (kotka może dostać kolejną ruję raptem 6 tygodni po ostatnim porodzie, a jako, że ciąża u kota trwa 8 tygodni, to po 14 tygodniach na świat przychodzą kolejne kociaki do zaopiekowania). Stąd proces nauki i rozwoju musi być szalenie intensywny. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego na wstępie, kiedy decydujemy się na przyjęcie tej „kociej esencji” pod nasz dach.

Kulka – jedna z moich pierwszych „tymczasek”

„Chcę małego kotka!”

Tymi słowami zaczyna się wiele rozmów z osobami, które chcą kupić, adoptować czy w inny sposób przygarnąć kociaka. Potem zwykle następuje coś w stylu „Wie Pani, bo jak on będzie taki mały, to ja go sobie wychowam!”. Otóż nie, nie i jeszcze raz nie. Za proces WYCHOWANIA kociaka odpowiada jego matka lub inny dorosły kot (w przypadku miotu osieroconego). To zazwyczaj kotka uczy maluchy, mówiąc najprościej, jak być kotami. Jest to rozbudowana i wieloelementowa nauka, obejmująca takie kwestie jak podstawy komunikacji wewnątrzgatunkowej, sposoby reagowania na poszczególne bodźce i elementy, nauka prawidłowego polowania, wytwarzanie inhibicji gryzienia (czyli świadomości siły użycia zębów tak, by rozróżniać kiedy gryziemy się dla zabawy, a kiedy po to by zamordować ofiarę). Rolą matki jest też jedna z najważniejszych rzeczy – nauczenie maluchów jak sobie radzić ze stresem i frustracją wynikającą z niemożliwości osiągnięcia tego, co się zaplanowało i czego się chce w danym momencie. Technicznie jest do tego wykorzystywany proces odsadzenia dietetycznego – w momencie, gdy kotka zaczyna reglamentować podrośniętym już maluchom dostęp do mleka, a one się przeciwko temu buntują i są zirytowane (przecież dotąd mleko było zawsze i na zawołanie!). To od kompetencji matki zależy jak uda się malcom wyciszyć w sobie te negatywne emocje i jak szybko pogodzą się z tym, że świat nie zawsze jest taki, jak chcemy. Jeśli ten etap nie nastąpi, w dorosłym życiu koty, które go nie przeszły, mogą mieć ogromne problemy z kontrolowaniem emocji i wyciszaniem negatywnego nastawienia. A to generuje kolejne zaburzenia.

Opisany powyżej proces kształtowania się kociej psychiki to nic innego jak ów osławiony okres pierwotnej socjalizacji. U kotów trwa on zazwyczaj właśnie 12 tygodni, ale są zwierzaki, które potrzebują być przy kociej mamie dłużej – nawet 14 czy 16 tygodni. Rozumieją to doświadczeni i wyedukowani hodowcy, wyszkoleni wolontariusze czy wysoko wykwalifikowani opiekunowie tymczasowi, którzy świadomie patrzą na potrzeby i rozwój swoich kocich podopiecznych. Niestety jednak wciąż istnieje szeroka grupa osób, która potrafi oddawać do nowego domu malce w wieku 8 tygodni „bo już same jedzą i korzystają z kuwety”. Ok, zdolny ludzki 6-latek też potrafi sam sobie zrobić kanapkę i raczej poradzi sobie z pójściem do WC. Ale czy to oznacza, że jest gotów do samodzielnego życia „na własny koszt”? Zdecydowanie nie.

Skąd zatem wziął się pomysł, aby oddawać tak małe koty, oddzielając je od grupy rodzinnej i przerywając drastycznie proces ich prawidłowej nauki i kształtowania psychicznego? To kalka z psów. Pies rozwija się inaczej i faktycznie przyjmuje się, że dla wielu ras okres między 8 a 9 tygodniem życia szczeniaka to idealny czas na zmianę domu. Wtedy aklimatyzacja następuje najszybciej, a piesek w nowym miejscu uczy się już nowych zasad życia w ludzkiej rodzinie, eksploruje i poznaje otoczenie a wszystko przebiega dobrze. Ale kot to nie pies i zbrodnią jest przenoszenie na niego wprost zasad rządzących rozwojem kompletnie innego gatunku. Dlatego też powstała zasada brzmiąca „kocham = czekam 12 tygodni”. Jeśli faktycznie zależy Ci na stabilnym psychicznie, dobrze rozwiniętym kociaku, to uszanuj  jego potrzeby od samego początku!

Wiszenie na lampie

Przyjmijmy, że wszystko poszło dobrze, i że malec, który do nas trafia, jest w odpowiednim wieku i po odpowiednim „przeszkoleniu”. Czy to powoduje, że będzie „rzecznym kotkiem?” O nieeee…

Jeśli komuś marzy się kociak, który zajmuje się głównie spaniem na kolanach, mruczeniem do ucha i byciem obiektem naszych pieszczot, to obawiam się, że przeżyje srogi zawód. Kociak to wulkan energii, który jest dosłownie wszędzie. Biega, skacze, wariuje, poznaje świat, wspina się po wszystkim co znajdzie (pamiętajmy, że koty postrzegają przestrzeń w wymiarze 3D, więc wysokość to dla nich także wymiar do eksplorowania). Wskoczy na blaty i szafy, wykąpie się w zlewie, ukradnie gąbkę do naczyń bo jest fajna, utopi zabawki w misce z wodą by następnie radośnie je z niej wyłowić i zanieść nam do łóżka, obgryzie kwiatki, rozkopie ziemię (a być może także do niej nasika, jeśli donica jest wystarczająco obszerna by wcisnąć do niej kociakową dupkę), z kuwety zrobi sobie piaskownicę i plac zabaw, wyniesie żwirek, obgryzie sznurówki i rogi książek (szczególnie w okresie wymiany zębów, czyli między 4 a 6 miesiącem, kiedy dziąsła swędzą okrutnie),  pogryzie kabel z ładowarki i zgubi nasz ulubiony kolczyk po babci nie-wiadomo-gdzie, zostawiając nas z jednym nie do pary.

Brzmi strasznie? Być może. Ale lepiej być na to gotowym, niż potem zostać zaskoczonym rzeczywistością, która odbiega od Twojego wyobrażenia. Ostatnio otrzymałam taki oto mail (fragment) od pewnej kociej opiekunki:

„Dzień dobry, trafiłam na Pani bloga szukając informacji o zniechęceniu kota do zabawy w firanach i zasłonach. Maluch ma 5 miesięcy i niestety nie mogę znaleźć dla niego alternatywy do zabawy w wiszących elementach dekoracyjnych.  Maluch się po firankach nie wspina, do tego celu służy mu wysoki drapak, z którego chętnie korzysta. Problemem jest to, że jeśli dostaje „ataku kociej głupawki” albo biega po domu z jakąś zabawką to prędzej czy później wbiega w firany i zasłony i się wśród nich tarza, chowa się w nich i młynkuje zabawkę albo staje na tylnych łapach i sobie po nich zjeżdża. W zasadzie już się oswoiłam z myślą o tym, że moje firany już zawsze będą pozaciągane, ale kiedy przeczytałam u Pani, że może nie spełniamy jakichś jego potrzeb to znowu poczułam nadzieję, że znajdę jakąś alternatywę dla tych nieszczęsnych zabaw w firanach. ” 

Pytanie brzmiało „Co robić, by zmienić tę sytuację?”. Odpowiedź na to niestety nie pozostawiała złudzeń i brzmiała: „Zdjąć firany do momentu, gdy kot skończy 2 lata – jest szansa, że jak podrośnie, osiągając wiek dojrzałości psychicznej, to przestaną go bawić takie zachowania. Pewności jednak nie ma”(oczywiście do tego potrzebne jest też kanalizowanie potrzeb poprzez inne rodzaje zabawy, ale to już akurat było w domu wdrożone).

Czy opis zachowania malca mnie zdziwił? Zupełnie nie. To standardowe, normalne zachowanie kota w tym wieku. Kiedy sama prowadziłam dom tymczasowy i bywało, że po mieszkaniu biegało 8-10 maluchów, to bardziej niepokoił mnie kociak mało aktywny niż hiperaktywny. Utrata aktywności i chęci do zabawy to u małego kota jeden z głównych wyznaczników złego samopoczucia. Jeśli więc kociak w domu zbyt długo spał, to od razu biegłam po termometr i niestety zazwyczaj stwierdzałam wysoką gorączkę, która najczęściej była zapowiedzią klującej się choroby.  Po prostu kociaki to małe demony aktywności – i nic się na to nie poradzi.

Mała Bunia i mała Tris – 2009 rok

Do tego malec nie będzie jadł – będzie ŻARŁ! Kocięta w okresie wzrostu (czyli zwykle do ukończenia 1 roku życia) mają gigantyczne potrzeby kaloryczne, a ilości podawanego pokarmu nie powinno im się ograniczać. Wiele osób czuje się później zaskoczonych, że maluch potrafi zjeść objętościowo więcej wysokomięsnej, dobrej jakościowo karmy, niż dorosły zwierzak o wielokrotnie większej masie ciała. Cóż – takie kocięce prawo! W końcu by rosnąć trzeba mieć budulec.

Na to nakładają się wydatki związane ze zdrowiem – odrobaczenia i szczepienia wedle zaleceń lekarza oraz zabieg kastracji wykonany przed 6 miesiącem życia (o ile nie kupujemy kota z hodowli, który już jest wykastrowany w chwili przekazania). Jeżeli kot jest z nieznanego źródła, to dobrze byłoby też po ukończeniu przez niego pół roku wykonać testy w kierunku chorób wirusowych. A to wszystko są niestety pieniądze, które w malucha trzeba zainwestować. I nie, dojrzewanie nie poczeka, a przeciąganie momentu wykonania zabiegu kastracyjnego może pociągać za sobą fatalne skutki choćby w postaci znaczenia nawykowego. Wszystko więc musi przebiegać w odpowiednim momencie.

Czy jesteś na to gotów / gotowa?

To pytanie należy sobie zadać, kiedy rozważamy adopcję czy kupno malucha. Ja wiem, że w moim przypadku odpowiedź brzmi „Nie”. Już nigdy, świadomie, nie chciałabym przyjąć pod dach kociaka. I choć uważam, że są cudowne, to najcudowniejsze są… u kogoś, na chwilę. Jak pies kolegi – 100% przyjemności zerowe konsekwencje. Nie stać mnie już obecnie na taki wysiłek, jaki wiąże się z opieką nad malcem – na ciągłe wybawianie i kanalizowanie potrzeb, na naukę tego co pożądane a co nie, na trening reagowania na komendy, na dbanie o wypracowywanie prawidłowych nawyków. Bo choć kocia matka wychowuje malucha u jego podstaw, to jednak opiekun dalej kształtuje jego zachowanie.  Jest to żmudna, powolna praca, liczona w miesiącach, a czasami w latach.

Wiem też, że kociak zburzyłby spokój w grupie moich rezydentów. Obecnie mój najmłodszy kot ma lat 8, a najstarszy 14. Biegający po domu dzieciak nie jest tym, co poprawiłoby stan psychiczny moich zwierząt. Co więcej – myślę, że ja też bym oszalała. Dlatego też wiem, że jeśli kiedyś w moim domu pojawi się nowy zwierzak, będzie to kot dorosły, zapewne minimum 2-letni. Jest to w moim wypadku świadoma decyzja. I do takich świadomych, wewnętrznych rozważań Was także serdecznie zachęcam.

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Gossja
Gossja
9 miesięcy temu

Fajnie napisane. Tylko widzi Pani , znakomita większość z posiadaczy maluchów nabywa ich nie na drodze wzięcia z podejrzanej hodowli, która wydaje koty w 8 też, tylko zgarniamy je z ulic, działek i piwnic, a mama kotka najczęściej się nie znajduje. Więc na mnie działa jak płachta na byka jak czytam: ojej, a skąd masz takiego małego kotka? Powinien być z mamą! Owszem, pewnie powinien, ale jego życie złożyło się tak, że już nie jest. I nie ma sensu gadać, że powinien być, skoro nie mamy na to żadnego wpływu…

Gossja
Gossja
9 miesięcy temu

Liczmy- znaleziono kocie ok. 8 tygodni, z kocim katarem, biegunką, świerzbem i pchłami. Leczymy ze dwa tygodnie jak dobrze pójdzie, w tym czasie kot się nie nadaje chyba do kontaktu z innymi kotami. W międzyczasie szukamy rodzica zastępczego, szczęśliwie znajdujemy, przewozimy jednego kota do drugiego, z czego koty na pewno nie są zachwycone, musimy poczekać aż się przyzwyczaić jeden lub drugi do nowego miejsca. . Potem przyzwyczajamy koty do siebie- izolacja z socjalizacją (czy na odwrót, nigdy nie pamiętam) jak zalecane, czyli powiedzmy że że dwa tygodnie, może dłużej. W tym czasie Kocina kończy 12- 14 tygodni. Więc osobiście raczej… Czytaj więcej »

Aga
Aga
9 miesięcy temu

Tylko że to wszystko kosztuje, a co jeżeli stajemy przed wyborem że albo małe kocię zbyt wcześnie oderwane od matki zabieramy z tragicznych warunków lokalowych, gdzie nikt nie dba o jakość karmy i czystość pomieszczeń i sami się nim opiekujemy bez wsparcia doświadczonych kotów, opiekunów, a tym bardziej drogich behawiorystów albo zostawiamy go na pastwę losu i głupich ludzi, bo już wydatek na weterynarza że szczepieniami i odrobaczaniem oraz dobrej jakości karmę będzie mocnym nadszarpnięciem domowego budżetu. Rozumiem postawę autorki bloga, która z kotami związana jest również zawodowo, ale też pamiętajmy o ludziach którym nie przelewa się finansowo, ale serce… Czytaj więcej »

Ilona
Ilona
9 miesięcy temu

Ja aktualnie pouczam przyjaciółkę, która bierze do domu dwa maluchy, sama miałam małego kociaka jakieś 10 lat lat temu ostatni raz i już sobie nie wyobrażam mieć takiego dzieciaka, zwłaszcza patrząc na moje dorosłe stateczne koty 😀 będę chciała jeszcze dokoptować kota, ale myślę zupełnie w drugą stronę – o staruszku ze schroniska, który ma bardzo małe szanse na dom (gorzej, że domyślam się, że ze schroniska będę chciała wynieść wszystkie jak tylko je zobaczę)