O rybach, co głosu nie mają…

Długo zastanawiałam się jak zacząć ten wpis. I chyba, żaden dobry początek nie przyszedł mi do głowy. Dlatego zacznę tak: o każde istniejące życie warto walczyć, każdej żywej istocie pomagać (no dobra może poza pasożytami, bo bez przesady – nie będę ratować kleszczy ani pcheł…). Ten, kto może pomóc, a mimo to na cierpienie pozostaje obojętny, nie zasługuje na to, by chodzić po tej ziemi. A było to tak… 

Kto zna nieco bardziej topografię Krakowa, ten wie, że za Kopcem Kraka jest stary, opuszczony kamieniołom – Liban. Jego historia jest tragiczna, bowiem w czasie II Wojny Światowej był tam niemiecki obóz koncentracyjny (sceny z tego miejsca zostały zrekonstruowane m.in. w filmie „Lista Schindlera”). Dziś Liban jest opuszczony przez ludzi, więc przyroda wzięła go we władanie. Nadal jest to jednak miejsce przepiękne, odwiedzane przez spacerowiczów – nie brak tam wydeptanych ścieżek i zejść z różnych stron, a w pogodne dni można spotkać rowerzystów, rodziny z dziećmi czy też po prostu imprezowiczów, którzy korzystają z tego pół-dzikiego miejsca. W Libanie żyją też zwierzęta.  Choć dla części z nich bardziej adekwatna jest forma przeszła, bo ich życie albo już się zakończyło, albo stanie się to lada moment.

Ja trafiłam tam po raz pierwszy kilka lat temu i pamiętam, że na dnie kamieniołomu było kilka miejsc, gdzie w naturalny sposób zbierała się woda. A wiadomo przecież, że woda to życie. Czym zatem jest brak wody? No właśnie… Wczoraj byłam tam po raz kolejny, po latach przerwy. Schodziłam znaną sobie ścieżką, chcąc dostać się na sam dół od konkretnej strony. Pamiętałam, że na dole ścieżki powinnam natknąć się na niewielkie oczko wodne, za którym znajduje się punkt do którego podążałam. Ale oczka nie było. Było to co na zdjęciu poniżej: mulista, śmierdząca warstwa pełna śmieci i patyków, w której widać było dwa niewielkie placki „wody”. Ruszającej się od umierających w niej ryb…

I tak właśnie spokojny popołudniowy spacer z osobą, której chciałam to miejsce pokazać, w ciągu jednej sekundy zmienił się w walkę o życie tych, które same o siebie zawalczyć nie mogły. Wystarczyła jedna nasza wymiana spojrzeń, jeden rzut oka na umierające zwierzęta, żebyśmy wiedziały obie, że nie odejdziemy stamtąd bez uratowania tak wielu istot, ja tylko będziemy w stanie. Miałyśmy do dyspozycji niecałe pół litra wody w bidoniku i żadnego sensownego pojemnika, w którym można by ryby umieścić. Krótkie poszukiwania pozwoliły jednak znaleźć 4 stare, wyrzucone w krzaki plastikowe kufle po piwie. Zawsze to coś, nadal jednak nie miałyśmy wody, by ją w tych kuflach umieścić. I wtedy obaczyłam parę niosąca butelkę 0,7l. Podeszłam oferując, że odkupię do nich tę wodę i tłumacząc do czego jest mi ona potrzebna. A oni co? Odmówili. Tak o, po prostu. Kobieta, do której woda należała, powiedziała mi w twarz, że nie. Co się wtedy czuje? Nie chcecie wiedzieć…  Zostałyśmy więc z 4 kuflami, wodą do wypełnienia nieco ponad jednego i dwiema już uratowanymi rybami, które z trudem łapały powietrze, ale jednak żyły.

Na szczęście po ok. kwadransie kobieta wróciła i przelała nam wodę do kufli. Co wpłynęło na jej decyzję? Nie wiem. Może wyrzuty sumienia, może partner, może jakieś elementarne poczucie przyzwoitości. Tak czy inaczej miałyśmy wodę i mogłyśmy zacząć działać. Kolejne wchodzenie do bagna, kolejne minuty grzebania w mule gołymi dłońmi i wyszukiwanie jeszcze żywych ryb pomiędzy tymi, dla których było zbyt późno… W sumie udało się ich uratować 12…

Wtedy pojawiły się kolejne kwestie: jak zabezpieczyć im transport i gdzie je docelowo wypuścić, aby mogły w miarę bezpiecznie żyć i funkcjonować. Z racji lokalizacji całego przedsięwzięcia skierowałyśmy się z naszymi uratowanymi rybami na stację benzynową, licząc na możliwość kupienia tam dużej butli z wodą w charakterze przejściowego środka transportu. Aby było jeszcze ciekawiej, choć obie na co dzień poruszamy się samochodami, tym razem żadna z nas auta przy sobie nie miała. Bo przecież jak pod górkę, to po całości. Na pobliskim Orlenie (którego obsłudze serdecznie dziękuję za pomoc i wyrozumiałość) udało się zakupić dużą butlę wody zdemineralizowanej tylko po to, by wylać jej zawartość, a pojemnik napełnić zwykłą, czystą wodą z kranu. Jednak przy próbie umieszczenia tam ryb okazało się, że 3 z nich są zbyt duże i nie da się ich przełożyć bezpiecznie przez szyjkę. Wywołało to konieczność jak najszybszego obcięcia gwintu spod zakrętki (co nie jest proste przy użyciu średnio ostrych nożyczek do papieru, także pożyczonych ze stacji). W końcu jednak się udało i wszystkie rybki wylądowały bezpiecznie w czystej wodzie w pojemniku. Ich los był chwilowo zabezpieczony…

Teraz pozostała kwestia tego gdzie je ostatecznie umieścić? Wybór padł na jeden z okolicznych dużych zbiorników wodnych. Jednak aby się tam dostać, trzeba było odbyć podróż najpierw tramwajem, potem autobusem a na koniec jeszcze autem. Wszystkie rybki były bardzo dzielne i super zniosły warunki podróży.

Choć tych 12 istot przebywało pod naszą pieczą przez raptem nieco ponad 2 godziny uwierzcie, że zdążyłam się do nich strasznie przywiązać. I, jak się okazało, one do siebie chyba też, bo po wypuszczeniu odpłynęły razem, w jednej małej ławicy. Mam nadzieję, że teraz będą już bezpieczne, że nie stanie im się krzywda, że dożyją swoich rybich dni.

Stara maksyma mówi, że nie uratuje się całego świata, ale można zmienić cały świat dla jednej istoty. Tym razem tych istot było 12. Nie pamiętam kiedy ostatni czas czułam to, co wtedy, gdy odpływały nieco zdziwione, ale jednak żywe i w tamtym momencie bezpieczne w głąb dużego jeziora. Stałyśmy tam obie i patrzyłyśmy na cud uratowanego życia. Cud, który jest nie do oszukania i nie do podrobienia.

A na koniec jeszcze kilka słów o rybach jako takich:
„(…) są zdolne do przechowywania w pamięci wspomnień nawet z okresu trzech miesięcy. Dzięki pamięci przestrzennej tworzą mapy, które pozwalają im odnajdywać drogę, zwracając uwagę na takie czynniki jak światło, dźwięki, zapachy oraz elementy wizualne.

Ryby w ramach struktur społecznych, uczą się od siebie nawzajem i współpracują ze sobą, by zdobyć pożywienie. Na przykład ryby z rodziny barwenowatych zamieszkujące rejon Oceanu Indyjskiego i Spokojnego, potrafią polować w grupie. – wynika z badań opublikowanych na łamach czasopisma „Ethology”. Jedna ryba goni ofiarę, pozostałe blokują drogę ucieczki. Podobne, złożone zachowanie, zaobserwowano wcześniej głównie u ssaków i niektórych ptaków.” – źródło: „Czy ryby czują ból? Zdolność ryb do odczuwania bólu”

„(…) Ryby, podobnie jak wyższe kręgowce, także są narażone na stres i cierpienie. Niestety, jeżeli zwierzę nie wyje z bólu, jeżeli nie ma przerażonych oczu, to człowiek nie reaguje. Ryby są zresztą od zarania dziejów traktowane po macoszemu. Brak wiedzy na temat odczuwania przez nich stresu był do tej pory bardzo wygodny. Ryby posiadają receptory bólu, które nazywamy nocyreceptorami i są rozmieszczone zarówno na skórze, jak i w narządach wewnętrznych. Przez to ryby mogą odczuwać ból na równi lub nawet silniej niż wyższe kręgowce.” – źródło: „Ryby. Fundujemy im prawdziwe tortury, a one też odczuwają ból”

Zbliża się grudzień… Aż mnie skręca na samą myśl…

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

Ps. Kochana Agnieszko – bez Ciebie cała ta akcja nigdy by się tak nie udała! Najserdeczniej na świecie dziękuję Ci za pomoc i wsparcie – za to, że nie zwątpiłaś w to, co robiłyśmy, ani przez moment. Bądź zawsze tak cudowną i wrażliwą istotą i nigdy się nie zmieniaj!

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Ala Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ala
Gość
Ala

Jeny, super! Oby więcej takich ludzi jak Wy! 🙂