Życie z kotem niesłyszącym

Ten tekst powstał bardzo dawno temu, w 2013 roku, jako jeden z artykułów na stronę Fundacji, w której byłam wolontariuszką. Strony już nie ma, ale materiał pozostał, dlatego, po lekkim „liftingu” prezentuję go Wam tutaj. I zapewniam – decyzja o adopcji Kiwaczka, była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu! Bo dzielenie domu z kotem niepełnosprawnym to faktycznie wyzwanie, ale też niezwykła przygoda i satysfakcja!

Skąd się wzięła Kiwi?

Kiwi była terapią po śmierci maluszka, który pojawił się w moim domu jesienią 2010 roku i szybko skradł serca wszystkich tak bardzo, że było już wiadomo, że nigdzie dalej nie „pójdzie”. Mimo że miał być to na „tymczasie” zapadła decyzja, że zostanie na zawsze. Niestety Wini umarła tuż przed Bożym Narodzeniem. A była kotkiem niezwykłym – mała i drobna, wcześniej dwa razy uciekała śmierci (najpierw z powodu koszmarnego zaniedbania, zarobaczenia i awitaminozy, później ze względu na bardzo ciężki przebieg kaliciwirozy, z której ją wyratowałam z pomocą lekarzy). I co najważniejsze – była kotkiem upośledzonym. Miała uszkodzony mózg, a konkretnie ośrodek równowagi. Jej śmieszny chód i wiecznie niestabilna główka zaliczały ją do grona tzw. „kiwaczków”, czyli kotów kiwających się. Wini odeszła, a po niej został pusty dom, którego nie potrafili wypełnić Bunia i Stefan. Zaczęłam więc szukać kota z podobnymi problemami wierząc, że może jeszcze gdzieś taki na mnie czeka. I znalazłam – małą Kiwi we Wrocławiu…

Kiwi została zabrana z wrocławskiego schroniska gdy miała ponad 3 miesiące. Dwa kolejne spędziła w Domu Tymczasowym, pod opieką troskliwych ludzi i w stadzie kotów. Kiwi również jest „kiwaczkiem”, na co byłam całkowicie przygotowana. Nie przewidziałam tylko jednego – prócz zaburzeń równowagi mała jest również głucha…

Niesłyszący kot w domu

„Dla kota słuch jest bardzo ważnym zmysłem. Pomaga sprawnie polować, a także ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Jeśli z jakichś powodów kot żyjący na wolności utraci słuch, zazwyczaj dość szybko ginie. Nie jest bowiem w stanie usłyszeć np. podbiegającego psa, nadjeżdżającego samochodu, a także skutecznie zdobywać pożywienia. Jednak niesłyszące koty domowe bardzo dobrze potrafią dostosować się do nowej sytuacji i z czasem radzą sobie coraz lepiej mimo utraty ważnego zmysłu. Opiekun głuchego mruczka musi mu jednak ułatwić życie i postępować w odpowiedni sposób.”
To cytat z vetopedii. A jak się ma do tego praktyka?

Do mojego domu Kiwi trafiła w styczniu 2011 roku, mając 6 miesięcy. W tym wieku kot ma już zwykle wyrobione pierwsze nawyki, wie jak wysoko potrafi wskoczyć, czym lubi się bawić, gdzie się chować… Jak się bawić z kotem, który nie słyszy? Jak zawołać na obiad? Jak przepracować pewne niechciane zachowania? Początki były naprawdę trudne.

Mam wokół siebie koty od 19 lat. W związku z tym posiadam też masę nawyków takich jak „kicianie”, „wołanie”, „gwizdanie”. Moje koty reagują na imiona i komendy, wiec zawołane przybiegają sprawdzić, czego od nich chcę (no, Bunia i Opek czasem opornie, ale Stefan praktycznie zawsze). Jestem przyzwyczajona, że nasze koty witają mnie przy drzwiach, gdy wracam do domu. A tu nic. Kiwi śpi jak zabita, bo nie słyszy, że ktoś przyszedł. Ciężko było ją obudzić bez przyprawiania o zawał, bo w tym celu trzeba zadziałać inaczej niż dźwiękiem, a to wymaga wiedzy i świadomości, której dopiero musiałam nabrać.

Trudniejsza może być też zabawa z kotem niesłyszącym, bo zwierzak nie potrafi lokalizować zabawki inaczej niż wzrokiem. Dlatego myszka czy wędka musi cały czas pozostawać w jego polu widzenia. Rzucanie piłeczek musi być bardzo precyzyjne. Trzeba też nauczyć się gdzie są ulubione kryjówki kociaka, aby potem nie szukać go bezproduktywnie po całym domu. Do tego wszystkiego jako opiekun musiałam się przyzwyczaić.

Bezpieczeństwo

Pozostaje jeszcze jedna kardynalna zasada – MIEJ OCZY DOOKOŁA GŁOWY!!! Kot niesłyszący nie usłyszy zagrożenia. A wbrew pozorom dom też może być niebezpieczną pułapką. Ciężki przedmiot lecący z góry, gwałtownie otwierane lub zatrzaskiwane drzwi czy szuflady, przesuwane z impetem masywne meble. To wszystko oznacza dla głuchego zwierzaka zagrożenie. Są też oczywiście zalety, jak np. zupełny brak zainteresowania odkurzaczem czy wiertarką, które przecież niejednego kota przyprawiają o atak paniki. Na Kiwi nie robią żadnego wrażenia.

Dla mnie to oczywiste, ale mimo wszystko na wszelki wypadek zaznaczę: przy głuchym kocie nie może być mowy o wypuszczaniu bez kontroli. Generalnie, ze względu na odpowiedzialność za swojego zwierzaka nie powinno się wypuszczać luzem żadnych kotów – ani tych zdrowych, ani tym bardziej chorych czy upośledzonych, ludzie jednak wciąż to robią, narażając koty na utratę zdrowia i życia. W przypadku kota głuchego to ryzyko jeszcze wielokrotnie rośnie…

Magiczne zwierzę

Czy po takim wstępie ktokolwiek jeszcze zechce przyjąć niesłyszącego kota pod swój dach? Mam nadzieję, że tak, bo niesłyszące koty w swoim „kalectwie” są niezwykłe. Przede wszystkim dlatego, że są to zwierzaki CAŁKOWICIE BEZSTRESOWE. Z czego to wynika? Moim zdaniem z tego, że słuch jest przede wszystkim zmysłem ostrzegającym o zagrożeniach. A skoro nie ma ostrzeżeń to nie ma i niebezpieczeństwa. Dlatego koty głuche zazwyczaj się nie przejmują i niczego nie boją. A to czyni z nich wspaniałych towarzyszy.

Taki zwierzak brak słuchu nadrabia innymi zmysłami – przede wszystkim węchem. Dlatego nie ma sensu irytować się, że nasz futrzany towarzysz musi powąchać absolutnie wszystko i wszystkich i to bardzo intensywnie. To jego sposób na poznanie świata.

A jak z relacjami z innymi kotami? Kiwi udowodniła, że jej kalectwo to także pod tym względem żadna przeszkoda. Idealnie opanowała język kocich gestów, co pozwoliło jej na szybciutkie wpisanie się w kocią grupę. Początkowo dość komiczne było oglądanie Stefana, który podążał za nią i warczał oraz małej, która kompletnie nic sobie z tego nie robiła, bo przecież go nie słyszała. Za to położone uszy czy podniesioną łapę odczytywała bezbłędnie i z zawiedzioną miną odchodziła rozumiejąc, że z zabawy nici.

Z czasem Kiwi świetnie nauczyła się też porozumiewać z ludźmi. Doskonale opanowała kilka istotnych gestów, co pozwala nam wypracować podstawową komunikację „migową”. Kotka świetnie też odbiera drgania podłoża, dlatego teraz już wiem, że aby zbliżać się do niej w sposób mniej stresujący trzeba… tupać 🙂 Wtedy ona wie, że ktoś nadchodzi i może się przygotować. Ma też inne rytuały: uwielbia mizianie brzuszka codziennie między 10.00 a 11.00, posiłek je zawsze w tym samym miejscu na parapecie i tam wyczekuje napełnionej miski, a noc spędza przyklejona pleckami do pleców człowieka (dlatego trzeba przy niej spać na boku). Jest w tym bardzo konsekwentna i absolutnie urocza.

I co najciekawsze – sama Kiwi „mówi”. Miauczy, burczy, skrzeczy. Nie wiemy czy sama siebie słyszy, na pewno odczuwa wibracje. Niemniej jednak dźwięki wydaje w sposób celowy – inaczej gdy jest zdenerwowana bo zbyt długo ją trzymam, a inaczej kiedy jest sama w pokoju i woła człowieka kota do zabawy. Wyje też jak dusza potępiona, kiedy żąda jedzenia. No i mruczy. Ciągle, nieustannie, przy każdej okazji. Mruczy bez opamiętania.

Kwestie zdrowotne

Niestety głuchota to nie jedyny problem, z jakim zmaga się Kiwi. W jej przypadku bowiem brak słuchu jet jedną z wielu wad wrodzonych, z którymi przyszła na świat. Pozostałe to m.in. zaburzeni równowagi (obecnie o wiele łagodniejsze niż w momencie, w którym miała ledwie pół roku), przepłaszczone podniebienie (które szalenie utrudnia podawanie jakichkolwiek leków doustnych), zez, zrosty immunologiczne w oczach (obecne opanowane dzięki kosztownej miejscowej terapii sterydami okulistycznymi), problemy z ostrością widzenia i oceną głębi (przez co Kiwi zdecydowanie mniej skacze a bardziej się wspina), problemy stomatologiczne (które doprowadziły do tego, że w wieku lat 9 Kiwi przeszła pełną sanację jamy ustnej i obecnie nie ma ani pół zęba) oraz przewlekły katar (który poprawił się znacząco po usunięciu zębów, co sugeruje związek wprost między tymi problemami). Widać, więc, że jest to kot wymagający dodatkowo uważnej i świadomej opieki. Nadal jednak nie przeszkadza jej to ani na moment cieszyć się życiem, biegać, wariować i czerpać radość z każdego dnia.

Podsumowanie

Gdy piszę te słowa Kiwi ma 9 lat i pochrapuje przez sen. Wiem, że w perspektywie mamy jeszcze długie lata pełne niespodzianek. Ale mogę powiedzieć szczerze, że choć w pierwszym momencie jej głuchota mnie przeraziła, teraz nie zamieniłabym jej na najfajniejszego słyszącego kota. Życie z kotem głuchym bywa zaskakujące, ale nie jest uciążliwe. Jest za to absolutnie niezwykłe. A Kiwi to po prostu „kot dla konesera”.

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o