Zmiany w podejściu do pacjenta

„Tylko krowa zdania nie zmienia” – tak mawiała często moja Babcia. I choć jej nie ma już na świecie od wielu lat, to jej powiedzenie towarzyszy mi nieprzerwanie. Myślę, że krowy także zmieniają zdanie w pewnych kwestiach, ale przeciętny Kowalski wie o nich zbyt mało, aby móc to stwierdzić. Ja natomiast uważam, że zmiana podejścia do pewnych kwestii to świadectwo rozwoju. Zdobywamy nową wiedzę, poszerzamy horyzonty, gromadzimy informacje i modyfikujemy swoje stanowisko. To nie powód do wstydu – przeciwnie: ten, kto zmienia zdanie,  to często ten, kto się uczy. Aby to wykazać chciałabym przedstawić jak w ciągu ostatnich lat zmieniło się moje podejście do kilku kwestii.

Wiek wydawania kociąt

Moje pierwsze kroki w opiece nad kotami innymi niż własne stawiałam jako wolontariuszka fundacji, do której dołączyłam będąc na studiach, kilkanaście lat temu. Aby stać się członkiem takiej organizacji nie trzeba było mieć żadnej specjalnej wiedzy ani kompetencji. Ot, przychodziło się, składało deklarację członkowską, a potem… wykonywało polecenia osób o większym stażu i korzystało z ich wiedzy oraz doświadczenia.  Takie były reguły i nikt z nimi nie dyskutował.

W fundacji zasada była prosta – każdy kociak, który wychodził do nowego domu, zwalniał miejsce kolejnemu, potrzebującemu zwierzakowi. Domów Tymczasowych było jak na lekarstwo, a nasze ściany nie były z gumy – każdy miał swój limit zwierząt, które mógł przyjąć pod dach, a i to często było naruszane w kryzysowych sytuacjach. Dlatego każda adopcja cieszyła, bo pozwalała pomóc kolejnym kociakom. A że na dodatek ludzie chcieli „małe kotki” bo przecież „malucha łatwiej wychować” to na puchate kulki zwykle był popyt.  Efekt? Kocięta wydawane do nowych domów w 8 tygodniu życia – coś, co obecnie nie mieści się w głowach większości osób zaznajomionych z zasadami psychicznego rozwoju kociaka.

Nikt wtedy nie wiedział czym jest „pierwotna socjalizacja”, nikt z nas nie znał jej zasad, kociaki szły „na swoje” i zazwyczaj problemów nie było. Jeśli były – adoptujący miał w  umowie zagwarantowane wsparcie fundacyjnych wolontariuszy, którzy pomagali rozwiązać problem. Jeśli natomiast kłopoty pojawiały się później, np. po kilku latach, do nas informacja o tym już nie docierała. W moim domu akurat maluchy często przebywały dłużej, ze względu na fakt, iż upierałam się, by wydawać kocięta po szczepieniu, a że to nie rzadko się przeciągało z przyczyn zdrowotnych, to i kociaki miał więcej czasu na socjalizowanie się zarówno z ludźmi jak i z moimi kotami rezydenckimi. Był to jednak długo zbieg okoliczności, a nie świadoma działalność. Dopiero gdy zaczęłam świadomie edukować się w tej dziedzinie zrozumiałam, jak ważny jest ten kluczowy okres pierwszych 12 tygodni życia. Coś, co wtedy było dla mnie standardem w postępowaniu, dziś jest więc nie do pomyślenia.

Chwyt matczyny 

Osoby, które czytały mój poradnik „Co jest, kocie?” mogą znaleźć tam informację o tym, że matka chwyta kocięta za okolice karku dzięki czemu maluchy nieruchomieją. Faktyczne tak jest, okazuje się jednak, że przez długie lata przypisywano temu zjawisku błędne znaczenie. Otóż…

Faktycznie maluch chwycony za fałd skórny na karku zwija się w kulkę i zamiera. Ten sam odruch można zaobserwować u wielu kotów dorosłych, co może okazać się przydatne np. podczas wizyty weterynaryjnej, gdy istnieje konieczność bezpiecznego przytrzymania zwierzaka NA STOLE (nie w powietrzu – o tym niżej!). Nie ma to jednak nic wspólnego z efektem wychowawczym. To zwyczajne ułatwienie, które matka natura podsunęła matce-kotce na okoliczność transportu kociaków! Chodzi o to by malec, przenoszony przez matkę w pysku, nie szarpał się i nie wyrywał, co ułatwia sprawne przeprowadzenie akcji transportowej. Zresztą matka chwyta tak kocięta tylko do pewnego wieku – praktycznie nigdy nie robi tego u maluchów starszych niż 2 miesiące, bo są one już fizycznie za duże i niosąc je w pysku ciągnęłaby ich zadkami po ziemi.

Dlaczego „chwyt matczyny” u dorosłego kota nie daje więc efektu wychowawczego? Przyczyny są trzy. Po pierwsze – nigdy nie było to jego celem. Po drugie – dorosły kot ma zbyt dużą masę, by bezpiecznie i komfortowo podnosić go w ten sposób. Jeśli jest chwytamy za skórę na karku, koniecznie trzeba podtrzymać jego tył drugą ręką. Jest to zresztą chwyt awaryjny, z którego lepiej nie korzystać bez wyraźnej potrzeby u dorosłych zwierząt. Po trzecie natomiast – dla kota chwycenie za kark i podniesienie w górę jest bardzo traumatycznym przeżyciem, ponieważ w taki sposób atakują większe od niego drapieżniki: łapią ofiarę za grzbiet, unoszą i zaczynają szarpać na boki. Kot, który traci wtedy podparcie pod łapami, nie może się skutecznie bronić ani wyrwać, zaczyna więc panikować. Rośnie poziom stresu, który prowadzi do paniki a ta wyzwala odruchy związane z walką o życie. Kot, zamiast myśleć: „mam być grzeczny i potulny” myśli: „zaraz zginę!”. To nie metoda by nauczyć zwierzaka czegokolwiek, chyba że chcemy go nauczyć by się nas bał.

Kastracja kotki po pierwszej rui

Tak uczono mnie jeszcze w technikum weterynaryjnym, tak przez długie lata powtarzali lekarze weterynarii, z którymi pracowałam. Czemu zatem miałam im nie wierzyć? Ja sama też powtarzałam tę informację, wpisując ją nawet do umów adopcyjnych wydawanych przez siebie kocic. Aż w końcu dotarłam do amerykańskich publikacji i przetarłam oczy ze zdumienia. Okazało się bowiem, że kastracja dokonywana wcześniej nie tylko nie niesie ze sobą negatywnych skutków, ale wręcz ma wiele pozytywnych efektów, takich jak choćby obniżenie ryzyka zachorowania przez kotkę na nowotwór listwy mlecznej w późniejszym wieku.

Ponieważ planuję poświęcić osobny wpis zagadnieniom wczesnej i późnej kastracji nie będę tu nadmiernie rozwijać tego wątku. Napiszę jednak typowo o kontekście behawioralnym. Jeszcze zanim zajęłam się tym tematem zawodowo, wielokrotnie słyszałam od lekarzy, że kotka bezwzględnie musi przejść pierwszą ruję, bo bez tego zostanie psychicznym dzieckiem, które nigdy nie osiągnie stabilizacji emocjonalnej. Cóż, w całej mojej praktyce zawodowej, w całej literaturze, którą przeczytałam i we wszelkich rozmowach i dyskusjach zawodowych nie trafiłam na taki przypadek. Owszem, pojawiały się rozmaite zaburzenia zachowań u rozmaitych zwierząt, ale nigdy nie wykazano, by przyczyną infantylności u kota była zbyt wcześnie dokonana kastracja. Gdyby tak było, wszystkie hodowle wydające kocięta poddawane zabiegowi kastracji pediatrycznej powinny odpowiadać za rzesze niestabilnych psychicznie kocich dzieciuchów. A tymczasem tak nie jest…

Sucha karma w kociej diecie

Tak, ja też kiedyś miałam koty na suchej diecie. Co więcej – wyszkolona przez lekarzy i producentów karm polecałam taką dietę innym opiekunom. Pamiętam, jak wydawałam kocięta do nowych domów z krótką, pisemną instrukcją obsługi, która zawierała informacje takie jak „dobrze zbilansowana sucha karma powinna stanowić podstawę diety”, natomiast „karma mokra to dobra przekąska i urozmaicenie”. Co prawda od początku miałam tyle oleju w głowie, by nie polecać nikomu najtańszych karm marketowych w zielonych czy fioletowych opakowaniach, ale już znane marki o pięknych etykietach i dedykowanych liniach żywienia jak najbardziej uważałam za dobre. Wierzyłam też mocno w siłę i skuteczność wszelkich linii weterynaryjnych, bo „skoro poleca je lekarz, to to musi być dobre dla kota”. Byłam więc znów „statystycznym Kowalskim”.

Olśnienie przyszło pod koniec roku 2014, kiedy zaczęłam sama szkolić się w dziedzinie zoodietetyki ze względu na problemy jelitowe Stefana, któremu jakoś dziwnym trafem żadna polecana karma nie służyła. A takie miały być dobre… Potem poszło już lawinowo. Im bardziej drążyłam temat, tym bardziej uświadamiałam sobie jak bardzo krzywdziłam moje koty żywiąc je suchym, wysokoprzetworzonym jedzeniem. Wiedza z zakresu fizjologii trawienia, zrozumienie gatunkowych potrzeb kota jako mięsożercy i surojada a także zmiana w samopoczuciu moich własnych zwierząt po modyfikacji diety były kluczowe dla zmiany mojego podejścia. Na szczęście z zyskiem dla moich podopiecznych i pacjentów.

Kwestia wysokomięsnej karmy suchej także jest poruszona w moim poradniku. Pisałam tam o niej jako o wyborze lepszym, niż karma zbożowa. I w zasadzie nadal jest w tym trochę prawdy. Tyle tylko, że karma sucha nadal pozostaje sucha, co będzie negatywnie oddziaływać na koci organizm. A że to oddziaływanie będzie odrobinę mniej negatywne ze względu na skład – cóż, może to i zysk, ale nadal niewielki. Obecnie, po całej długiej drodze, którą przebyłam, nie polecam już suchej karmy praktycznie nigdy. Zawsze staram się wyjaśniać, tłumaczyć, uświadamiać  pokazywać rozwiązana lepsze dla kota. Wtedy byłam na początku tej drogi. Mogę się jedynie cieszyć, że nią poszłam.

Stały dostęp do karmy

To informacja, na którą nadal można trafić w wielu publikacjach czy na różnego rodzaju wykładach i konferencjach: kot, ze względu na swój metabolizm, musi mieć zapewniony stały dostęp do karmy. Cóż, ja również kiedyś tak sądziłam, tyle tylko, że w tym założeniu brak bardzo istotnego elementu – kontekstu behawioralnego.

Jeśli mamy do czynienia z kotem, który potrafi sobie sam dawkować pożywienie i dzieli wykładaną porcję karmy na kilka mniejszych posiłków, to stały dostęp do miski nie jest niczym złym. Faktycznie w naturze kot poluje na małe ofiary, których w ciągu dnia zjada między 17 a 25. Do takiego pobierania pożywienia jest też przystosowany jego metabolizm, szczególnie proces przemian cukrowych w organizmie: proces glukoneogenezy, który pozwala kotu na produkowanie potrzebnych węglowodanów bezpośrednio z białka, przebiega w organizmie w sposób ciągły, stąd też i białko powinno być regularnie dostarczane w niewielkich porcjach i krótkich odstępach czasu. I jeśli tak to przebiega, to świetnie. Problem jednak polega na tym, że w warunkach domowych koty, które faktycznie tak jedzą, to wyjątki.

Dwa najważniejsze problemy z ciągłym dostępem do pożywienia to: nadpodaż kaloryczna względem kociego zapotrzebowania oraz zajadanie stresu lub nudy. W pierwszym przypadku chodzi o to, że zapominamy o pewnym kluczowym czynniku: tak, kot zjada w naturze tych 25 ofiar dziennie, ale z drugiej strony nawet 75% kocic ataków kończy się fiaskiem i ucieczką potencjalnej zdobyczy! A to oznacza RUCH, którego w domowych warunkach kot nie doświadcza. Miska nie ucieka, kot natomiast spokojnie zjada wyłożoną tam (często bez żadnych ograniczeń kalorycznych) karmę. A następnie tyje.

W drugim przypadku chodzi o mechanizm rozładowywania napięcia poprzez zajadanie niepokoju- coś co znamy doskonale z naszego, ludzkiego podwórka. Jedzenie to przyjemność, przyjemność to serotonina, serotonina to poprawa funkcjonowania ogólnego, zjedzmy więc więcej, aby lepiej się poczuć. U kotów działa to zarówno w przypadku napięcia psychicznego (choć u niektórych zwierząt chroniczny stres może też wywoływać głodówki), jak i w przypadku prób poradzenia sobie z nudą. Nie mam co robić – pójdę zjeść – będzie mi przyjemniej. A co jest dalej? To samo, co w przypadku pierwszym – nadwaga i otyłość…

Dlatego też obecnie, rozmawiając z kocimi Opiekunami zwierzaków problemowych, rekomenduję inne sposoby żywienia, jak np. wykorzystanie automatów na karmę programowanych na konkretne godziny. To pozwala im dzielić posiłki na mniejsze porcje i jednocześnie zachować przewidzianą dla danego zwierzaka dobową dawkę kaloryczną. Wilk syty i owca cała.

Karmienie kotów obok siebie

To bardzo stary mit, którego odmianą jest karmienie kilku kotów z jednego dużego talerza, przy którym zwierzaki muszą się przepychać. Wciąż jeszcze w sieci można przeczytać, że to dobry sposób na spowodowanie by zwierzęta się polubiły, a jak jedzą obok siebie to znaczy, że zgoda się buduje. Niestety – nic bardziej mylnego.

Kot w naturze poluje na niewielkie zdobycze, które po zjedzeniu wynosi w bezpieczne miejsce i zjada W POJEDYNKĘ! Tylko matka dzieli się posiłkiem ze swoimi dziećmi. Zdarzają się przypadki kotów ogromnie ze sobą zżytych, gdzie jeden drugiemu odstępuje posiłek (sama trafiłam na taką sytuację w ramach  konsultacji, gdzie kotka przynosiła swojej przerażonej pobytem w domu koleżance jedzenie do materiałowej budki, w której ta się ukrywała). Jest to jednak ewenement. W naturze kot do jedzenia potrzebuje ciszy i spokoju – warunki domowe tego nie zmieniają.

Zestawianie kocich misek obok siebie to podświadoma kalka z ludzkich zachowań społecznych – nas wspólny posiłek zbliża, u kotów działa antagonizująco. Prowadzi do zaostrzenia napięcia i eskalacji konfliktów, jeśli takie mają miejsce. Nawet koty, które się lubią, powinny mieć osobne miski rozstawione w oddzielnych punktach. Taka jest kocia natura – nie ma więc sensu z nią walczyć.

Metody awersyjne w pracy behawioralnej

To element, którego nigdy nie stosowałam w swoich działaniach z kotami, bo podświadomie czułam, że jest zły. Niemniej pamiętajmy, że wiele szkół tresury zwierząt i modyfikacji ich zachowań wybudowano właśnie na awersji i przemocy. Dlaczego? Bo przemoc daje szybki efekt. Wymaga o wiele mniej czasu niż modelowanie zachowań i ich pozytywne wzmacnianie. Tyle tylko, że bazuje na chęci uniknięcia nieprzyjemnego bodźca. Zwierzę nie robi więc tego, czego od niego chcemy, bo widzi w tym cel. Robi to, by nie dostać po głowie.

Pryskania wodą, krzyki, czy bicie kota szmatą bądź gazetą nie wyrządzą zwierzęciu krzywdy fizycznej. Ale zrujnują jego psychikę, a przede wszystkim naruszą to, co jest w relacji człowiek-zwierzę najistotniejsze: zaufanie. A bez zaufania nie da się zbudować żadnej trwałej więzi opartej na dobrym fundamencie. Kot nie jest głupi – on wie KTO pryska wodą, KTO trzyma gazetę, KTO rzuca w niego kapciem. Łączy fakty i wyciąga wnioski. Tam, gdzie nie ma zaufania, jest lęk. A lęk to wstęp do dalszych problemów.

Obserwując zmiany, jakie zastępują na tym polu w dziedzinie pracy ze zwierzętami (kotami, ale też psami, końmi, ptakami) ogromnie cieszy mnie wzrost popularności metody wzmacniania pozytywnego, w której nagroda zastępuje karę. Badania pokazują jednoznacznie, że taka praca jest o wiele skuteczniejsza, daje trwalsze efekty i (prawidłowo prowadzona) jest wolna od traumy. Mam nadzieję, że świat pójdzie dalej w tym kierunku – nie tylko w dziedzinie stosunków ze zwierzętami, ale także w zachowaniach między ludźmi.

Podsumowanie

W ciągu ostatnich 8 lat przeczytałam tonę książek i artykułów, byłam na dziesiątkach konferencji, szkoleń, sympozjów, ukończyłam podyplomowe studia kierunkowe i… nadal wiem, że w wielu dziedzinach brakuje mi wiedzy!
Francis Scott Fitzgerald powiedział: „Im więcej wiesz, tym więcej pozostaje do poznania i wciąż tego przybywa.” W pełni zgadzam się z tym stwierdzeniem. Pozwólcie więc, że będę uczyć się dalej, zmieniać swoje poglądy, modyfikować metody pracy. By moim i Waszym kotom żyło się lepiej!

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Małgorzata Biegańska-HendrykWiktoria Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Wiktoria
Gość
Wiktoria

Bardzo przydatny wpis 🙂 mogłabyś się podzielić tytułami książek, które Twoim zdaniem warto przeczytać na temat kotów?