Po co kotu transporter?

Część z Was pewnie pomyśli: „Co za idiotyczne pytanie? Przecież wszyscy wiedzą po co w kocim domu jest transporter!”. Otóż uwierzcie mi – nie wszyscy. Bardzo duża grupa kotów nie doświadcza takiego luksusu jak transporter, a to bardzo źle. Jest on bowiem w domu potrzebny tak samo jak miski, kuweta czy drzwi. Zobaczcie sami…

Transporter w podróży

Transporter to temat-rzeka: od wyboru tego właściwego, przez odpowiednie użytkowanie, aż po kwestię wkładania kota do środka (co dla wielu zwierząt i ludzi jest traumatycznym przeżyciem). W tym tekście nie poruszę wszystkich tych kwestii, chciałabym natomiast w pierwszej kolejności skupić się na rzeczy dla mnie najistotniejszej, czyli na bezpieczeństwie – zarówno tym fizycznym jak i psychicznym.

Transporter to w pierwszej kolejności zabezpieczenie kota na czas transportu. Mam tu na myśli KAŻDY transport: zarówno ten w aucie, jak i w komunikacji publicznej, ale też podczas wyjścia do lecznicy, która jest „tuż za rogiem”. Nie ma znaczenia jaką drogę ma pokonać kot – zawsze powinien być na ten czas dobrze zabezpieczony. Pamiętajmy, że jeśli wynosimy zwierzę poza jego znane i bezpieczne środowisko, całkowicie naturalną reakcją może być strach. A ów strach zwykle łączy się z chęcią ucieczki. Przerażony kot trzymany na rękach może nagle zacząć się wyrywać, drapać, gryźć i krzyczeć. I nie ma znaczenia jak bardzo na co dzień kocha swojego Opiekuna – w chwili silnego stresu będzie po prostu próbował się wyrwać i uciec. Utrzymanie takiego panikującego zwierzęcia nie jest proste nawet, gdy jest to kociak. Kiedy natomiast jest to zwierzę dorosłe, które waży 5 kg lub więcej – praktycznie w takiej sytuacji nie mamy szans.

„No dobrze, ale przecież są szelki, którymi mogę kota ograniczyć!” powie ktoś, kto nie jest przekonany do idei transportera. Owszem, są. Jednak fakty są takie że wiele z nich to niedopasowane do zwierzaka konstrukcje z dość delikatnych pasków, z zawodnymi zapięciami, karabinkami czy punktami łączeń, które w momencie zadziałania dużych sił zwyczajnie nie wytrzymują i rozlatują się na kawałki. Ponadto koty mają ogromną umiejętność wyplątywania się z takich wynalazków – ze względu na brak kości obojczyka ich przednie łapy są niezwykle giętkie w rejonie obręczy barkowej, a elastyczny kręgosłup pozwala na niespotykaną wręcz ekwilibrystykę. Jeśli więc nie jest to mocno zabudowana prawie-kamizelka, lub bardzo dobrze dobrany pod kota produkt, najczęściej w sytuacji krytycznej kot się z niego wyswobodzi. Na swoje nieszczęście nie raz byłam świadkiem takiej sytuacji. Co gorsza – tylko część z tych kotów udawało się ponownie złapać…

Kolejna rzecz to bezpieczeństwo w samochodzie. Na szczęście coraz rzadziej obserwuje się ludzi, którzy puszczają kota luzem w aucie, bo ani to mądre ani bezpieczne. Tutaj również się nasłuchałam o kotach, które właziły pod deskę rozdzielczą, pod pedały, pod siedzenia, które nagle wskakiwały na kierowców lub na półkę pod przednią szybą, ograniczając widoczność. Aby zwierzak przez całą drogę na 100% leżał grzecznie na tylnej półce i nie spowodował sytuacji zagrożenia musi być spełniony jeden podstawowy warunek – musi on być pluszowy. W przeciwnym razie zawsze jest ryzyko. Pamiętam też bardzo przykrą historię z czasów fundacyjnych, gdy ludzie przewożący luzem koty w aucie mieli wypadek, podczas którego wyrwane zostały tylne drzwi. Zwierzęta wyskoczyły z wnętrza i pobiegły przed siebie: z dala od domu i znanych miejsc, oszołomione, nie wiadomo w jakim stanie fizycznym (być może doznały w trakcie wypadku jakichś urazów?). Z tego co wiem, pomimo szeroko zakrojonych działań zrozpaczonych opiekunów, nie udało się ich odnaleźć. A gdyby jechały w transporterach być może cała ta sytuacja potoczyłaby się inaczej…

Transporter w lecznicy

Ręka w górę kto ma kota, który ZAWSZE lubi być trzymany w ramionach? I pytając o „zawsze” mam na myśli LITERALNIE ZAWSZE – także wtedy, gdy jest chory, zestresowany, gdy coś go boli, gdy jest nieszczęśliwy lub gdy się boi? Otóż powiem tak: nie ma takich kotów. Jeśli uważasz, że Twój kot będzie chciał być na Twoich ręka w każdej sytuacji, to oznacza to wyłącznie tyle, że nie doświadczyłeś jeszcze momentu, w którym okaże się, że jest inaczej. Życzę Ci, żebyś nigdy się o tym nie przekonał ze szkodą dla kota.

Wyjście do lecznicy to dla wielu kotów duży stres. Problemowe jest nie tylko samo badanie, ale też czas oczekiwania na wizytę. Chyba każdy Opiekun zwierzaka wie, że czasem w poczekalni siedzi się godzinę lub więcej, nie rzadko w tłumie i hałasie, wśród innych zdenerwowanych ludzi i zwierząt. Lecznic, które precyzyjnie umawiają pacjenta na daną godzinę i trzymają się grafiku wciąż jest mało, a takich, gdzie jest wydzielona poczekalnia dla kotów (co na Zachodzie staje się coraz popularniejszą praktyką) – garstka! Kotu trzymanie na rękach w tych niekomfortowych warunkach nie pomaga. Wręcz przeciwnie – stres jeszcze się potęguje, a czasem kończy się tym, że gdy wreszcie zwierzak poczuje grunt pod łapami i stanie na lekarskim stole – nie pozwoli do siebie podejść nikomu i zaczyna się walka. A gdyby był transporter – byłoby łatwiej.

Diana w lecznicy, w oczekiwaniu na pierwszą wizytę po znalezieniu.

Dla kota w lecznicy transporter to namiastka domu, kawałek „własnego” świata, azyl, który szybko pozwala wrócić do równowagi. Na pewno zauważyliście, że o ile często w mieszkaniu pojawiają się problemy z załadowaniem zwierzaka do wnętrza, to w lecznicy po zakończeniu medycznych czynności kot zwykle dosłownie wskakuje o środka.  Czemu? Bo wybiera „mniejsze zło”. Bo tam ma kryjówkę, w której może odetchnąć. Bo gdy wróci do transportera to zakłada, że wszystko co złe już się skończyło (co niestety nie zawsze jest prawdą) i wreszcie będzie lepiej. Dlatego transporter w lecznicy jest szalenie potrzebny!

Niestety w kocim życiu zdarza się też, że dochodzi do wypadków (zarówno w domu jak i poza nim). Absolutnie WSZYSTKIE poradniki czy zalecenia dotyczące pierwszej pomocy u zwierząt podkreślają, że zwierzak, który doznał urazu (np. upadku z wysokości, potrącenia przez samochód, został silnie uderzony czy nawet pogryziony przez inne zwierzę) powinien być transportowany na sztywnym i twardym podłożu (w zależności od rodzaju obrażeń albo w pozycji leżącej, albo i nie), a transporter zazwyczaj spełnia tę definicję. Dodatkowo w bezpieczny sposób ogranicza ruchy zwierzęcia, co zmniejsza ryzyko pogłębiania urazów. To samo dotyczy też transportu kota po zabiegu operacyjnym – na rękach możemy spotęgować pozabiegowy ból. Zresztą tę sytuację wystarczy przełożyć na siebie: 100 razy wolałabym, aby po np. operacji jamy brzusznej przewożono mnie na twardym łóżku w pozycji leżącej, niż noszono na rękach.

Kotka po kastracji, wybudzająca się z narkozy.

Transporter a koty środowiskowe

Jest jeszcze jedna, bardzo ważna rola, którą pełni transporter i widać to wyraźnie w pracy z kotami środowiskowymi. Jeśli niezsocjalizowany z człowiekiem kot odłowiony z ulicy nagle trafia do klatki, w której musi spędzić kolejnych kilka dni lub tygodni, transporter to OBOWIĄZKOWY element wyposażenia. Dlaczego? Znów – chodzi o azyl.

W sytuacji stresowej koty mają do wyboru kilka strategii przetrwania. Jedną z nich bez wątpienia jest walka (ang. fight), jednak to rozwiązanie wcale nie jest dla kota atrakcyjne – jeśli zaatakuje i przegra sam ryzykuje obrażeniami i pogorszeniem swoje sytuacji. Dlatego większość zwierząt dużo częściej wybiera strategię zamierania / zastygania w bezruchu (ang. freeze). Aby zwiększyć szansę na to, że kot wybierze właśnie tę opcję, trzeba dać mu miejsce, w którym faktycznie może się schronić i przeczekać choćby sprzątanie klatki czy nakładanie jedzenia. Takim miejscem jest właśnie transporter.

Jako wolontariuszka przez lata zajmowałam się kotami ulicznymi – głównie w okresie rekonwalescencji po zabiegach kastracji. Zawsze bardzo dbałam wtedy o to, by każdy kot miał w klatce swój transporter i żeby jego wnętrze było zawsze dostępne (dlatego nigdy nie zostawiam w klatce transportera z założonymi drzwiczkami, bowiem kot może je sobie zatrzasnąć pozostając na zewnątrz pojemnika, a wtedy zaczyna się dramat). Obserwacje zarówno moje jak i innych osób działających w kocich fundacjach i stowarzyszeniach pokazują jednoznacznie, że koty mające dostęp do transporterów były spokojniejsze, mniej demolowały klatki, dużo rzadziej atakowały osoby wykonujące przy nich niezbędne czynności a wiele z nich po 2-3 dniu przestawało nawet syczeć ze środka. Póki my nie naruszaliśmy ich przestrzeni one także były spokojne. Myślę, że to ważna lekcja, którą warto przekazywać dalej, bo to prosty sposób na wyraźną poprawę komfortu zwierzęcia, które i tak jest poddawane ciężkim przeżyciom w okresie przetrzymywania. Czemu więc nie ułatwić mu tej sytuacji?

Podwórkowy kocur podczas leczenia, z azylem w transporterze.

Zasady dobrego transportera

Jest ich kilka i warto o nich pamiętać, wybierając właściwy produkt:

  • trwały, mocny, z dobrego materiału – niestety moje (i nie tylko moje) doświadczenia pokazują, że transportery z promocji za 19.90 to często pieniądze wyrzucone w błoto. Plastik się łamie, zaczepy odpadają, drzwiczki nie są dobrze osadzone, a całość dosłownie trzeszczy w rękach jeszcze zanim zdążymy do środka zapakować kociego pasażera. Kot w napadzie paniki potrafi niestety od środka rozwalić taki sprzęt i wydostać się np. na środku ulicy, a tego każdy Opiekun wolałby uniknąć. Dlatego moja rada brzmi: „nie oszczędzaj na sprzęcie”. Jeśli już coś kupujesz niech to będzie dobrej jakości i bezpieczne dla Twojego zwierzaka.
  • łatwy do utrzymania w czystości – to bardzo ważne w przypadku kotów chorych, kotów z chorobą lokomocyjną lub zwierząt po wypadkach. Transporter musi nadawać się do tego, by go dobrze wymyć (lub wyprać – w przypadku produktów materiałowych). Jest to jeden z argumentów, który przemawia w mojej ocenie przeciwko niegdyś popularnym koszykom wiklinowym. Taka „kocia budka” do piękny element wystroju domowego, jednak na czas podróży do lecznicy czy wyjazdu zapewnijmy kotu solidny i prosty w czyszczeniu pojemnik transportowy.
  • otwierany z góry – to bardzo pomaga przy kotach, które nie chcą wychodzić na stół w gabinecie weterynaryjnym. Można wówczas odpiąć górną część pojemnika, a lekarz może podstawowe badania wykonać na kocie, który nadal siedzi w SWOIM pudełku na SWOIM kocyku. To prosta i dobra metoda na minimalizację stresu, którą powinno się proponować szczególnie w przypadku zwierząt wylęknionych i niepewnych.

    Badanie maluchów bez wyciągania z transportera.
  • dobrany do gabarytów zwierzaka (lepiej za duży niż za mały) – zdecydowanie kiepsko prezentuje się wizja siedzenia przez dłuższy czas w tej samej pozycji, bez możliwości swobodnego ruchu. Tego właśnie doświadcza kot w zbyt małym transporterze. Zdecydowanie lepiej, by pojemnik okazał się zbyt obszerny niż za mały, bo to ogromnie wpływa na komfort zwierzaka. Nie mówiąc już o przypadku, gdy z jakichś przyczyny musimy kota ułożyć na dnie transportera np. w pozycji „głowa przedłużeniem kręgosłupa”, a powierzchnia okazuje się tak mała, że fizycznie zwierzak nam się nie mieści. Na wielkość powinniśmy więc patrzeć podobnie jak na jakość: to nie miejsce na oszczędności.
  • 1 dorosły kot = 1 transporter – ja sama wielokrotnie woziłam kociaki do lecznicy wspólnie, bo jednak z bratem czy siostrą przy boku zawsze raźniej. Jednak w przypadku kotów dorosłych trzymam się zasady 1 kot = 1 transporter. Wynika to z faktu, iż o ile u kociaków w sytuacji stresowej bardzo rzadko obserwuje się zjawisko agresji przeniesionej na inne zwierzę, o tyle u kotów dorosłych takie zachowania mogą mieć miejsce. Ponadto nie wyobrażam sobie wyciągania z transportera najpierw jednego, a potem drugiego kota na badanie w sytuacji, kiedy zwierzaki są zdenerwowane, bo narażałabym tym zarówno koty jak i siebie oraz lekarza. A tak, jeśli jestem z kilkoma kotami w gabinecie, sprawa jest prosta: kot obsługiwany jest poddawany niezbędnym czynnościom, a reszta spokojnie czeka w zamkniętych transporterach. Nie ryzykuję tym, że ktoś otwory drzwi, a jakiś zwierzak nagle wyskoczy mi do poczekalni, bo akurat drzwiczki ze wspólnego transportera były otwarte, a ja w rękach trzymam inne zwierzę. Więcej kotów dorosłych w 1 transporterze to dla mnie przepis na problem. A problemów należy się wystrzegać dla dobra wszystkich stron.
Pączek i Muffinka czyli kocie rodzeństwo podczas wizyty w lecznicy.

Obiecuję w przyszłości przygotować odrębny wpis o tym jak przekonać kota, że transporter to nie potwór, który próbuje go zabić i jak pracować z tymi zwierzętami, które już do transportera zdążyły się zrazić. Niemniej na razie  proszę i apeluję – jeśli masz w domu kota a nie masz dla niego bezpiecznego, dobrego transportera, jak najszybciej napraw to niedopatrzenie. Zanim okaże się, że brak tego podstawowego sprzętu ściągnie na Ciebie i Twojego pupila prawdziwą tragedię.

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

7
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
Małgorzata Biegańska-HendrykChanaMonikaLidiaBaziaGK Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
BaziaGK
Gość
BaziaGK

Dziękuję za ten artykuł. Pozwolę sobie rozesłać go w szeroko pojęty „świat”. Jako wolontariuszka schronisk dla bezdomnych zwierząt wielokrotnie, żeby nie powiedzieć – bez końca – tłumaczę zwiedzającym/adoptującym dlaczego transporter dla kota jest PODSTAWĄ BEZPIECZNEGO TRANSPORTU.
Dziękuję jeszcze raz i proszę o więcej:)

Lidia
Gość
Lidia

Bardzo potrzebny temat, rzeczowo wyjaśnione co i jak.
Jeszcze na jedną rzecz zwracam od kilku miesięcy uwagę… Gdzie mamy w domu transporter. Czy pod ręką i czy w razie pożaru jesteśmy w stanie załadować tam zwierzaka i wyjść z nim domu? Nie zawracałam uwagi na tę kwestię do momentu pożaru w mieszkaniu sąsiadki obok.
Swojego kota zaladowalam natychmiast, a sąsiadka nie. Wszystko dobrze się skończyło, ale co nerwów było, to wiem ja i osoby, które łapaly zwierzaki i je zabezpieczały.

Monika
Gość
Monika

dziękuję za artykuł. Jest literówka „freeze”

Chana
Gość
Chana

Nabardziej traumatyczną sytuację przeżyliśmy z naszym Fu na lotnisku, gdy kazali nam go wyjąć z transportera. W głowie nam się to nie mieściło! Fu był przerażony, ale na szczęście wtulił się mocno w mojego męża i nie uciekł. Nie mieliśmy wyjścia, ale uważam, że to było gigantycznie głupie ze strony celnikòw. Fu nie ma już z nami, a z Bagirem i Kirą nigdy byśmy nie zaryzykowali wyjęcia z transportera. Ani z żadnym innym kotem. Mieliśmy niewyobrażalne szczęście, że Fu nic się nie stało..