Przegęszczenie w kocim domu

Kojarzycie tego mema, który ostatnio krąży po sieci? Grupka kotów siedzi na podłodze patrząc w aparat, pomiędzy nimi zaznaczone są kółkami „puste przestrzenie”, a pod spodem podpis głosi: „Gdy moja rodzina mówi mi, że nie mamy miejsca na więcej kotów!”. Zabawne? Dla nas może tak – dla kota nie koniecznie…

Koty w naturze a grupy społeczne

Koty są zwierzętami niezwykłymi pod wieloma względami. Jednym z nich jest to, że jako jedyny gatunek udomawiany przez człowieka koty oryginalnie nie są stadne. Wszystko inne – psy, konie, krowy, kozy, ptactwo – naturalnie żyło w grupach. A koty nie.

„Naturalna” kocia populacja ma strukturę mało skoncentrowaną: matki zajmują obszar pozwalający na wyżywienie siebie i swojego miotu, a kocury krążą pomiędzy nimi, wymieniając geny podczas rozrodu. Bywa, że jeden kocur odwiedza w ten sposób kilka samic, jednocześnie patrolując całkiem spore obszary przestrzenne (nawet do 100 ha). W takich warunkach zarówno samice jak i samce zdane są na siebie: muszą same o siebie dbać, same polować, kotki same muszą wyżywić miot do czasu aż maluchy nie osiągną samodzielności łowieckiej. Nie ma tu miejsca na współpracę ani na pomoc.

Jeśli ilość kotów na danym terenie zaczyna rosnąć (dobre warunki bytowania, dostatek pożywienia, mała ilość zagrożeń i naturalnych wrogów) zaczynają powstawać kolonie. Zazwyczaj mają one strukturę matriarchalną – trzon stanowi starsza kotka wokół której gromadzą się młodsze samice. W okresie porodowym kocice pomagają sobie we wzajemnej opiece nad kociętami, a maluchy doglądane w taki sposób rozwijają się szybciej niż kocięta wychowywane tylko przez 1 kotkę i mające do towarzystwa tylko swój miot. Kocury pozostają raczej na obrzeżu kolonii i zwykle nie włączają się w proces wychowawczy, natomiast bronią samic przed obcymi osobnikami i prowadzą spory terytorialne – z różnym skutkiem.

Wraz z osiąganiem dojrzałości zaczyna się migracja – część zwierząt albo odchodzi sama, albo jest przeganiana, by ich geny nie krzyżowały się zbyt blisko (jest to naturalne zabezpieczenie przed zjawiskiem depresji inbredowej). Następuje więc rotacja. Bywa też, że gdy seniorka rodu umiera – cała kolonia się rozpada, a zwierzaki szukają sobie nowych miejsc i wchodzą w nowe zależności społeczne.

Koty w domu a grupy społeczne

A teraz przenieśmy to samo na warunki domowe. Już na pierwszy rzut oka widać kilka kluczowych różnic:

  • o składzie domowej grupy kotów decyduje człowiek – rzadko kiedy Opiekun kociej grupy świadomie decyduje o tym kogo do niej włącza. Często kolejne zwierzę w domu pojawia się z przypadku: bo znaleziony, bo ktoś podrzucił pod drzwi, bo zmarł wujek Staszek a jego dzieci w nosie mają kota. No więc bierzemy. I ani nie pytamy naszych kotów czy są z tego zadowolone, ani nie sprawdzamy, czy ten nowy przybysz jest zdolny do dzielenia świata z innymi osobnikami. I jeszcze pół biedy, jeśli wprowadzimy go z zachowaniem zasad procesu (czyli przez socjalizację z izolacją), bo wtedy mimo wszystko szanse na dogadanie się zwierzaków rosną. Ale jeśli wrzucimy nowego kota „na hurra”, bo przecież „jakoś się dogadają” to niestety nie ma się co spodziewać sielanki. Wręcz przeciwnie 🙁
  • ograniczone terytorium i ilość zasobów – o ile w warunkach kolonii zewnętrznej koty mają większą swobodę w decydowaniu o tym gdzie i kiedy będą przebywać, o tyle w warunkach domowych to MY w całości organizujemy ich świat. I ta organizacja niestety w wielu przypadkach kuleje. Zasobów jest zbyt mało, są rozlokowane zbyt blisko siebie (bo mamy jedynie 36 metrów i choć byśmy bardzo chcieli nie da się tam powiesić większej ilości półek albo ustawić kolejnej kuwety tak, by nie stała tuż obok poprzedniej), koty cały czas się widzą, słyszą, czują, jedzą w bliskim sąsiedztwie, są eksponowane nawzajem na swoją obecność. Fajnie jeśli się tolerują. A jeśli nie? Jeśli któryś poczuje się gorzej? Przestanie się lubić z dotychczasowym kolegą? Zacznie cierpieć z powodu bólu lub dolegliwości zdrowotnych, które obniżą mu próg reakcji i zwyczajnie do szału będzie go doprowadzać towarzystwo innych? Albo jeśli dojdzie do wieku, w którym aktywność kotów młodszych zacznie go zwyczajnie męczyć i przerażać? To co wtedy?
  • brak możliwości migrowania – wtedy w naturalnych warunkach, nie chcąc podejmować walki, kot prawdopodobnie by odszedł. To dla tego gatunku jedna ze strategii radzenia sobie z problemem: jeśli nie mogę wygrać lub nie chcę walczyć (bo np. czuję się za słaby) to się wynoszę. W domu jest to praktycznie niewykonalne jeśli nie mamy do czynienia z kotami wychodzącymi. No bo jak? Kot ma stanąć pod drzwiami i głośno miauczeć, żądając wypuszczenia? A nawet jeśli tak będzie (bo są koty, które tak robią), to kto go posłucha? Często nikt, bo niestety Opiekunowie rzadko zwracają właściwą uwagę na tego rodzaju zachowania. A nawet jeśli zwracają, to nie rozumieją przyczyny. Kot zostaje więc bez pomocy, w środowisku, z którego nie może odejść, z problemami, które go przytłaczają. Następuje więc…
  • eskalacja konfliktów, która prowadzi do stresu i walk – czyli najgorszego, co może kota spotkać. Dla mnie szczególnie smutne jest to, że często zanim dojdzie już do fizycznych strać, poprzedza je bardzo długa i intensywna komunikacja ze strony zwierząt: mocz i kał lądują poza kuwetą, zwierzak unika kontaktów z osobnikiem problemowym, ukrywa się, izoluje – robi co w jego mocy, ale niestety nic się nie zmienia.  W końcu jest więc bójka, ktoś obrywa i wtedy ludzie otwierają oczy ze zdumienia. No bo „jak to konflikt?”.

Dzwonią więc, proszą o wizytę, a przy spotkaniu okazuje się, że to temat który trwa od lat, że koty się nie lubią, że ich napięcie przenosi się na inne osobniki w grupie, a gdy ja proszę o to, by zwierzęta czasowo rozdzielić to słyszę: „no ale ja nie mam gdzie tego zrobić!”. No właśnie…

Lekarstwo na przegęszczenie

Przy bardzo złożonym i zaawansowanym problemie rady są zazwyczaj tylko dwie: albo zwiększyć obszar (co prawie zawsze jest niemożliwe), albo zmniejszyć grupę – wszystkie inne działania jedynie maskują problem podstawowy lub czasowo go wyciszają. Niestety. To jest takie proste, a jednocześnie takie trudne. Bo nagle się okazuje, że człowiek nie chce oddać żadnego ze zwierzaków, bo przecież „wszystkie tak bardzo kocha!”. Tyle tylko, że nie bierze w tej miłości pod uwagę ich potrzeb. I nawet jeśli na początku swojej drogi jeszcze gdzieś mu światło, że coś może pójść źle, to potem o tym zapomina – a cierpią zwierzęta.

Oczywiście najlepiej byłoby do zjawiska przegęszczenia w kocim domu w ogóle nie dopuścić, ale jest to mądrość z gatunku tych, że „gdyby człowiek wiedział, że upadnie, to by wcześniej usiadł”. Często koty w takich grupach to zwierzęta chore, starsze, mało społeczne w stosunku do obcych (choć w tym względzie zdarzają się wręcz spektakularne wyjątki!) – mówiąc wprost: mało atrakcyjne adopcyjnie. Ale to, że kot ma 14 lat, chore nerki, wymaga podawania leków czy nie ma oka, to jeszcze nie powód, by nie próbować zapewnić mu warunków do życia w spokojnym i właściwym dla niego środowisku! Mitem jest, że dla takich zwierząt „nie da się znaleźć domu”. Nie da się tylko wtedy, jeśli się nie szuka…

Lęk zgeneralizowany

To zjawisko, o którym mało się mówi, a w sztucznych kocich grupach pojawia się ono częściej niż nam się wydaje. Pozwolę sobie opisać to na przykładzie: wyobraźmy sobie koci dom, w którym mieszka bardzo delikatna psychicznie i wrażliwa kotka. Ta kotka jest bardzo intensywnie „zaczepiana” przez młodego, czarnego kocura. Ponieważ kotka się boi i ucieka, kocur potęguje swoje zachowania – odczuwa satysfakcję z tego, że jest „zwycięzcą”. Zachowanie przechodzi w regularne nękanie, kotka stara się wycofać, w końcu znajduje schronienie na szafie. I wydawałoby się, że to koniec historii – jest azyl, więc konflikt rozładowany. Tyle tylko, że w tym domu, prócz czarnego problemowego kocura, mieszkają jeszcze 4 inne czarne koty. Efekt? Kotka z przerażeniem ucieka na szafę na widok KAŻDEGO czarnego kota na horyzoncie, a potem godzinami nie schodzi na ziemię, na wszelki wypadek. Lęk przed konfrontacją staje się tak silny, że kotka przenosi go na wszystkie osobniki wokół, które choć trochę kojarzy z problemem. A to uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie – z wykonywaniem podstawowych czynności fizjologicznych włącznie.

Czy tak ma wyglądać życie kota w domu? W mojej ocenie zdecydowanie nie…

Mądre działania, świadome decyzje

Jak zapewne część z Was pamięta przez lata działałam jako wolontariuszka, niosąc pomoc potrzebującym zwierzakom. Wtedy z tematem przegęszczenia spotykałam się nagminnie – najczęściej u tzw. „karmicieli”, czyli ludzi społeczne zaangażowanych w pomoc kotom miejskim / działkowym / porzuconym, którzy znosili zwierzaki do swoich domów i mieszkań. I regularnie stałam się im pomagać w tym, by „ich” zwierzaki szły dalej, do domów docelowych, gdzie nowi Opiekunowie byli w stanie właściwie zadbać o ich potrzeby (także te społeczne i środowiskowe). Praca behawiorysty pokazała mi jednak, że przegęszczenie to także problem tzw. „zwykłych domów”. I że po to, by zjawisko powstało, zwierząt wcale nie musi być kilkanaście. Czasem wystarczą 3 koty pod jednym dachem i to już jest za dużo. Czasami nawet dwa – jeśli jeden z nich jest po prostu kocim jedynakiem i towarzystwo go przerasta.

W takich sytuacjach bardzo proszę o jedno – nie stawiajmy NASZYCH ludzkich potrzeb ponad potrzeby zwierząt. Nie skazujmy kotów na życie w stresie, dyskomforcie, lęku. Pamiętajmy, że to nie one są dla nas, ale my dla nich. Miejmy więc siłę i odwagę działać dla ich, a nie naszego, dobra – nawet, jeśli czasem to dobro oznacza zmianę domu na inny. Zrozumienie potrzeb i dążenie do ich spełniania – to właśnie jest dowód prawdziwej miłości.

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Małgorzata Biegańska-HendrykMirosławaPatrycja Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Patrycja
Gość
Patrycja

Dziękuję bardzo za ten artykuł, znalazłam w nim wiele cennych informacji.

Mirosława
Gość
Mirosława

Niestety nie ma długo nie będzie domów dla wszystkich potrzebujących kotów a gdzieś trzeba je umieścić. Coś trzeba z nimi zrobić.