„Koty. Historia – zwyczaje – obserwacje – anegdoty” – recenzja

Gdy pod koniec 2018 roku na sklepowych książkach ukazała się książka zatytułowana „Koty. Historia – zwyczaje – obserwacje – anegdoty” autorstwa francuskiego pisarza Jules’a Champfleury’ego, w mojej głowie narodziły się od razu pewne wątpliwości i obawy. Jednak koniec roku i związane z nim zamieszanie skutecznie uniemożliwiły mi lekturę. Gdy w stycziu 2019 wydawnictwo zaproponowało mi zrecenzowanie tej pozycji – wątpliwości wróciły, jednak towarzyszyła im też ciekawość. Postanowiłam więc skorzystać z oferowanej mi przez los okazji i przyjęłam propozycję. Dziś, z perspektywy czasu uważam, że była to bardzo dobra decyzja!

Skąd te wątpliwości, o których wspomniałam? Przede wszystkim ze względu na to, iż „Koty” to książka bardzo specyficzna. Jest to bowiem przedruk dzieła, które Champfleury opublikował po raz pierwszy w 1869 roku! Książka jest tłumaczeniem, jest opatrzona przypisami, jednak są one wykonane przez samego autora. Jedynie na końcu publikacji znajduje się krótkie posłowie Tomasza Stróżyńskiego (s. 263 – 268), odpowiedzialnego również za opracowanie tekstu. Wspomina on tam jednak przede wszystkim o historii samego dzieła i o podejściu autora do kocich zagadnień, nie ingerując w przekazaną treść.

I co z tego? – zapytacie. Przypominam więc, że ze swojego pierwszego wykształcenia jestem historykiem, co spowodowało, że w swoim życiu miałam więcej do czynienia ze źródłami historycznymi niż przeciętny zjadacz chleba. I tak się składa, że ta książka jest dokładnie tym – surowym przekładem źródła historycznego, stanowiącym dość wierny obraz sposobu, w jaki autor w swoich realiach, patrzył na dane zagadnienie. To natomiast często powoduje, że takie źródło jest dla współczesnego czytelnika albo trudne w odbiorze (ze względu na język, sposób przekazu, manierę w pisaniu), albo wręcz niezrozumiałe przez sam fakt tego, że ciężko nam odtworzyć realia, w których autor pisał swój tekst oraz jego mentalność i sposób, w jaki patrzył na rzeczywistość. Bałam się zatem, że zarówno forma jak i treść dla współczesnego czytelnika będą, delikatnie mówiąc, niestrawne. Tymczasem, ku własnej radości, grubo się pomyliłam.

Książka została przez autora podzielona na krótką przedmowę oraz 3 części główne i apendyks. Są one poświęcone odpowiednio:

  • część I – historii kota jako gatunku współegzystującego z człowiekiem, roli kota w kulturze u sztuce jak również jego postrzeganiu przez ludzi w życiu codziennym,
  • część II – kociej naturze, zmysłom, zachowaniom i potrzebom,
  • część III – życiu z kotem pod jednym dachem oraz szczegółowym obserwacjom kociej natury.
  • Apendyks, czyli inaczej mówiąc załącznik lub uzupełnienie, zawiera dodatkowych XVII krótkich rozdziałów o rozmaitej treści, które, jak zakładam, zostały przez autora dopisane po czasie – polskie wydanie jest bowiem tłumaczeniem piątej, najbardziej luksusowej wersji tej książki. Znamienne dla podejścia autora jest to, że właśnie w dodatku znalazł się bardzo ważny z moim odczuciu rozdział XVII. Leczenie kotów w chorobach (s. 255 – 260), który, choć w swej treści odbiega mocno od współczesnego podejścia z zakresu weterynarii, a przypomina w przekazie zdecydowanie bardziej nowożytną medycynę ludzką, to jedna zwraca uwagę na to, że kot w chorobie także potrzebuje opieki i nie powinien być pozostawiany sam sobie. Jak na II połowę XIX wieku uważam, że jest to podejście bardzo postępowe!

Fragment książki udostępniony przez wydawcę dostępny jest tutaj.

Książka Champfleury’ego zaczyna się dość klasycznie – od opisu kota w czasach egipskich, przez jego historię życia przy człowieku na przestrzeni wieków, aż po czasy mu współczesne. I choć wszystko to jest bardzo ciekawe i składa się na dobrze skonstruowany i spójny obraz, to jednak dla mnie najciekawsze są nie opisywane przez autora historie, podania, przekazy czy naoczne relacje, ale jego ocena tych elementów. Jego historie w wielu miejscach pisane są niemal reportersko – pisarz z dużym naciskiem na szczegóły relacjonuje czytelnikowi pewne zdarzenia, ale za nimi idzie refleksja, która wielokrotnie jest głęboka i poruszająca. I tak choćby w rozdziale IX. Zaciekli wrogowie kotów – myśliwi Champfleury pisze o hrabim, który z nienawiści do kotów strzelał do tych zwierząt i namawiał do tego innych, a całość komentuje stwierdzeniem:

„Niechęć do zwierzęcia nie usprawiedliwia okrucieństwa”. (s. 72)

W innym miejscu krytykuje też podejście zarówno naukowców i badaczy, traktujących kota przedmiotowo, ale też ludzi, który w haniebny i prostacki sposób zarabiają na zwierzętach czyniąc z nich element cyrkowej rozrywki. Autor staje w ich obronie przytaczając argumenty, których dziś nie powstydziliby się organizatorzy kampanii krytykujących widowiska cyrkowe z udziałem zwierząt. Pisze więc:

„Można się zastanawia, cóż takiego zabawnego widzi tłum w przedstawieniach z udziałem uczonych małp, psów czy kotów. Żeby uzyskać tę wiedzę – ileż zwierząt się skrzywdziło? A zwłaszcza te, które – jak pisze poeta – nie umiałyby ‚swej dumy zniżyć do poddaństwa’. Toteż na ich fizjonomii nauki te pozostawiły coś wymuszonego, żałosnego i zasmucającego. (…) Każe im się wykonywać jakieś zadania, więc wykonują je z lękiem, jaki budzi wspomnienie kija nieustannie wzniesionego nad ich grzbietami. Wszystko wygląda u nich żałośnie: uszy, ogony, zazwyczaj falujące i dumne, zwisają smętne i przerażone”. (s. 67-68)

Jak to się zatem stało, że już w drugiej połowie XIX wieku ktoś zdawał sobie sprawę z okrucieństwa cyrku, a mimo to ta wstrętna rozrywka trwa nadal? Nie wiem. Ale mimo wszystko budujące jest to, że już wtedy nie tylko zauważono problem, ale wręcz otwarcie o nim napisano.

Znajdujemy też w kilku miejscach natrafić na refleksję nad smutnym losem kota wiejskiego: głodnego, wychodzonego, przeganianego kopniakami, którego losem nikt się nie interesuje. Bardzo ciekawa jest w tym kontekście uwaga autora z rozdziału XI. Koci gatunek w statystykach, gdzie możemy przeczytać o kocie udomowionym, przeżywającym cierpienie psychiczne spowodowane brakiem odpowiedniej opieki ze strony człowieka: tak fizycznej jak i emocjonalnej (s.81). W niektórych środowiskach nawet współcześnie to rzadkość, tymczasem tu można o tym przeczytać zupełnie wprost.

Poza swoimi przemyśleniami i obserwacjami autor sam wykonuje ogromną pracę źródłową i kompilacyjną: przytacza w książce wypowiedzi swoich znajomych i przyjaciół, wyniki badań i przemyśleń rozmaitych specjalistów zajmujących się światem zwierząt, sięga do prac filozofów, biologów i obserwatorów przyrody a wszystko to okrasza także własnym komentarzem – bezlitośnie krytykując te pomysły i zdania, które uznaje za niesłuszne i szkodliwe. W tych momentach staje zawsze po stronie kotów!

Oczywiście trudno oczekiwać od książki, którą wydano półtora wieku temu, by w swej treści była zgodna z tym, co o kotach wiemy współcześnie, po dziesiątkach lat badań i obserwacji zachowań tego gatunku. Publikacja nie jest więc wolna od pewnych błędów przykładem może być choćby pisanie o tym, że kastracja (tak! Są o niej wzmianki!) powoduje u kotów lenistwo i obniża ich zdolności łowieckie (s. 213). Zdarzają się też nadinterpretacje, zwłaszcza tam, gdzie autor tłumaczy motywy kierujące kocim zachowaniem cechami charakterystycznymi dla człowieka. Można jednak znaleźć też fragmenty świadczące o niezwykłej umiejętności obserwacji kociej natury. Uważny czytelnik wyłuska więc opisy kocich zachowań znane we współczesnych naukach behawioralnych, jak choćby opisany w rozdziale XVIII. Pazury syndrom głaskanie-gryzienie, w ramach którego znużony mechanicznie powtarzanymi pieszczotami kot rozładowuje swoją frustrację na ręce nieuważnego człowieka (s. 135). Pokazuje to, że pewne elementy kociej natury pozostały niezmienne aż do dziś, a my, patrząc na nasze domowe koty widzimy po części to samo, co Champfleury obserwował we własnym domu 150 lat wstecz. Widać to doskonale w rozdziale XXII. Piąta rano, w którym autor opisuje jak co rano jest budzony o świcie przez swojego pupila (s. 161). Pewne rzeczy są więc w świecie kociarza stałe. I przyznam, że dla mnie jest to do pewnego stopnia magiczne.

Poza warstwą pisaną warto zwrócić uwagę na samo wydanie – książka liczy sobie blisko 300 stron i jest wydana w ciekawym, niewielkim formacie, w twardej oprawie. Na okładce oczywiście widzimy kota jednak zaglądając do wnętrza kocich wizerunków znajdziemy o wiele więcej. Co ciekawe – część z nich powstała specjalnie do tej pozycji, a wyszła spod rąk i piór wielkich artystów XIX wieku takich jak choćby Victor Hugo, Eugène Delacroix czy Édouard Manet.

Ponadto, między częściami I a II znajduje się spora kolorowa wkładka, zawierająca reprodukcje rozmaitych obrazów, grafik, rycin i innych przykładów sztuki graficznej, w której kot zajmuje kluczowe miejsce. To pozwala czerpać z książki dodatkowe walory związane z odbiorem wizerunku kota w sztuce.

Na zakończenie chciałabym przytoczyć pewne fragment, który może umknąć części czytelników, a który, moim zdaniem, zdecydowanie zasługuje na uwagę. Mam tu namyśli ostatni przypis, który autor umieścił w swojej książce. Ma on formę ogłoszenia i, dla oddania wierności przekazu, pozwalam go sobie zacytować poniżej w całości:

„OGŁOSZENIE. Nie sprawiłoby mi przykrości, gdyby uwzględniono mnie jako spadkobiercę uniwersalnego w testamencie jakiejś osoby w podeszłym wieku, która chciałaby zapewnić przyjemne życie swoim kotom oraz ich potomstwu. Nienaganna przeszłość, ludzkie zasady postępowania, czułość, jaką okazywałem zawsze tym zwierzętom oraz uprzednio wskazane metody ich leczenia są gwarancją troskliwości i względów, jakie koty które utraciły swych właścicieli, znalazłyby w moim domu. Duża biblioteka pozwoliłaby im piłować sobie każdego ranka paznokcie na grzbietach tomów; miałyby do dyspozycji liczne fotele a swą zręczność wykazywałyby wspinając się na regały pełne fajansowych naczyń. Zobowiązuję się ponadto publikować każdego roku broszurę relacjonującą w stylu, którego jasność będę miał na względzie, czyny i wyczyny kotów, których utrzymanie spadkodawcy zechcieliby mi powierzyć. Wykonawców testamentów uprasza się o informowanie o takich zapisach mecenasa Lefebvre’a, notariusza w mieście Laon (departament Aisne). (przypis 74, s. 274)

Czyż to nie wspaniały pomysł na połączenie pomocy potrzebującym zwierzakom ze sposobem na zapewnienie sobie uczciwego źródła utrzymania? Dla mnie to nie tylko rewelacja, ale wręcz pewna forma wizjonerstwa – Champfleury widział, rozumiał i uświadamiał sobie więcej, niż nie jeden koci opiekun nawet dziś. I między innymi z tego powodu uważam, że wyprzedzał epokę. W niektórych punktach nie tylko swoją, ale także i moją…

Reasumując – zdecydowanie polecam! Świetna, wzruszająca i mądra lektura do świadomego odbioru – nie tylko dla kociarzy.

tech. wet. Małgorzata Biegaśka-Hendryk

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o