Behawiorysta to nie cudotwórca

„Rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki, na cuda trzeba czekać 2 dni” – czasami mam wrażenie, że takiego napisu oczekują koci opiekunowie na stronie startowej kogoś, kto zajmuje się behawioryzmem zwierząt. Co więcej – oczekują, że niemal obowiązkiem behawiorysty jest realizacja takiej obietnicy w praktyce. Na już. Bo tak. Tymczasem wygląda to całkiem inaczej.

Jak działa kocia głowa?

Psychika zwierząt (a kotów, mam wrażenie, w szczególności) to bardzo zawiły system wewnętrznych zależności. Czasami z pozoru błaha kwestia potrafi stać się problemem nie do przeskoczenia, a inna, pozornie istotna, może być przez zwierzę całkiem ignorowana. Zdarza się też, że jakieś jedno wydarzenie zaważa na zachowaniu kota i uruchamia długi łańcuch zmian, który rozwija się, plącze i zapętla tak bardzo, że po dłuższym czasie trudno już dojść nie tylko do przyczyny, ale nawet do tego jak ów proces wyglądał. Często kot wysyła sygnały ostrzegawcze. I często, w pierwszym etapie, te sygnały potrafią być dość subtelne: ot zasikane łóżko raz na miesiąc. Albo kocia bójka z blokowaniem przeciwnika. Albo atak na stopę czy dłoń podczas podawania posiłku – ale nie za często, raz na kilka tygodni. A opiekun co na to? Ignoruje. „Bo to wcale nie takie częste i pewnie kotu przejdzie”.

Mijają tygodnie, miesiące, może nawet lata, zachowanie się nasila, problemów jest co raz więcej. I w końcu następuje ten „dzień 0”, gdy opiekun myśli sobie: „Tak! Ściągam behawiorystę, bo już nie daję rady, on to odkręci!”. Dzwoni więc opiekun do behawiorysty i opowiada o kocie, który wylizuje sobie brzuch od roku albo od dwóch lat ma niezidentyfikowane medycznie neurologiczne objawy, albo od ośmiu lat sika po domu z nieznanej przyczyny a badania ma teoretycznie w normie, choć wyników nie ma, bo „lekarz powiedział przez telefon, że jest ok” albo też o takim, któremu w domu systematycznie przybywa współlokatorów a on co raz gorzej to znosi. I oczekuje pomocy. Na już. Często bez zrobienia ze swojej strony ani jednego kroku w tył, bez refleksji nad tym, że od wielu miesięcy jego zwierzak żyje z problemem i że ten problem co raz mocniej wgryza się w kocią głowę.

Praca behawioralna to nie magia

Otóż sprawa wygląda tak: najlepsze efekty w pracy behawioralnej, często objawiające się całkowitą likwidacją zachowania nieprawidłowego, uzyskuje się rozpoczynając działania jak najszybciej – nie później niż w ciągu miesiąca od rozpoczęcia problemu. Nie po latach trwania kota w zaburzeniu, tylko od razu. Jeśli bowiem problem utrzymuje się przez 5 czy 8 lat naprawienie tej kwestii może się okazać niemożliwe. I nie jest to winą osoby konsultującej kota, tylko tego, że część zachowań przybiera u zwierząt charakter nawykowy lub przetrwały i stają się one dla kotów czymś normalnym. Nie ma więc powodu, by takie zachowanie zmieniać.

Po drugie podstawą do rozpoczęcia pracy naprawczej są w większości przypadków aktualne badania! Skoro wiemy, że aż 75% zaburzeń zachowań u kotów ma podłoże medyczne, to przy jakimkolwiek problemie działania należy zacząć od wizyty w gabinecie weterynaryjnym. I nie ma znaczenia to, że problemowe zachowanie pojawia się od dawna – tym gorzej dla kota, bo może to oznaczać, że od dawna jest chory! Nie, to nie jest tak, że zwierzak choruje dwa tygodnie a po tym czasie albo zdrowieje albo umiera i sytuacja jest czysta. Koty potrafią cierpieć na dane problemy zdrowotne miesiącami a nawet latami, dlatego bez wykluczenia podłoża zdrowotnego behawiorysta ma związane ręce. A jeśli lekarz weterynarii powie, że nie przebada kota bo ten „na pewno jest złośliwy” to… należy zmienić lekarza. Na takiego, który do swojej pracy podchodzi poważnie, z wiedzą i zaangażowaniem, a nie garścią stereotypów i mitów.

Trzecia sprawa to podejście opiekuna. Terapia behawioralna bardzo często (choć nie w każdym przypadku) opiera się o modyfikacje środowiskowe. Jeśli opiekun nie jest na nie gotów, jeśli nie godzi się z tym, że zwierzęciu trzeba zmienić przestrzeń, przestawić zasoby lokując np. kuwetę pod stołem w salonie, dbać o odpowiednia stymulację i rozrywki, przebudować dietę, skonfliktowane koty czasami izolować, a w skrajnych przypadkach nawet całkowicie rozdzielić (bo i tak bywa), to trudno oczekiwać efektów. Podejście typu „nie oddam żadnego z moich kotów, bo nie wyobrażam sobie życia bez nich” nie świadczy bowiem o miłości do nich, tylko o spełnianiu własnych potrzeb kosztem tych zwierząt. Bo to one cierpią najbardziej z powodu przeciągającej się sytuacji stresowej. Oczywiście jest to już przykład dość skrajny, który zdarza się stosunkowo rzadko, ale bywa i tak. I nie ma w tym niczyjej winy. Można jej natomiast szukać w braku zrozumienia dla potrzeby zmian u człowieka. Bo niestety zdarza się, że na jakiekolwiek inne zmiany jest już zbyt późno.

Behawiorysta może wiele kwestii naświetlić, wyjaśnić, wytłumaczyć, może dojść do pomocnych wniosków, zaproponować metody rozładowywania napięcia i stresu, wnieść zmiany w koci świat pod względem jego funkcjonalności. Ale nie może „zresetować” kota. W swojej pracy bazuję na konkretnych, określonych metodach. I te metody również mają swoje granice.

Kto lub co jest przyczyną problemu?

Koty w naturze unikają konfliktów i stresowych sytuacji. Nie mają żadnego interesu w tym, by tkwić w toksycznych relacjach czy nieodpowiednich dla siebie miejscach. Jeśli nie mogą pokonać przeciwnika to zmieniają terytorium, szukając dla siebie lepszego miejsca. To my, źle je zapoznając, nie uwzględniając ich cech osobniczych i predyspozycji, budując sztuczne środowisko, bardzo często odpowiadamy za sporą ilość kocich problemów.  Jedynaki zmuszamy do życia w grupie, koty bardzo społeczne oddzielamy od innych zwierząt, kocięta zbyt wcześnie zabieramy matkom, a obce sobie koty łączymy „na hurra”, „bo u mojej cioci się udało”. Nie respektujemy kocich potrzeb w zakresie rozlokowania zasobów, pór aktywności czy kwestii eksploracji, nie zauważamy też początków zachowań problemowych i nie pracujemy z nimi od razu, a potem dziwimy się, że zwierzęta są nieszczęśliwe, zdystansowane, kłócą się między sobą lub z nami i w domu panuje niepokój. Zamiast więc zgłaszać pretensje do faktu, iż niektórych sytuacji po latach nie sposób już rozładować, może powinniśmy zacząć od oceny własnych działań i zastanowić się jaki jest w tym wszystkim prawdziwy udział opiekuna…

tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o