Urlop kociarza 2018

Nie jeżdżę zbyt często na urlopy, a jeśli już, to zwykle na krótko. Nie chcę obarczać innych (zwykle mojej mamy) długotrwałą opieką nad moimi zwierzętami (to jednak 4 koty – każdy z innymi problemami). Wiem też, że dla moich zwierzaków wyjazdy są psychicznym obciążeniem – zwłaszcza dla Stefana, który mocno to przeżywa. Niemniej w tym roku udało mi się wyjechać aż 3 razy w 3 różne miejsca. Oto krótka, podsumowująca refleksja na ten temat.

Kotlina Kłodzka
Pierwszy, krótki wyjazd zaplanowałam na przełomie lutego i marca, tuż po okresie zimowych ferii (nie przepadam za tłumami, z domu wyjeżdżam by odpocząć, a to najłatwiej przychodzi mi w ciszy – chętnie wybieram się więc na wyjazdy poza ścisłym sezonem). Ten urlop był precyzyjnie zaplanowany – choć miejsce jest komercyjne i dostępne dla każdego, to jednak autentycznie czuję się tam jak w domu. Mowa o gospodarstwie agroturystycznym „Jesionówka” w Goworowie, na samym dnie Kotliny Kłodzkiej.

Ten magiczny kawałek ziemi odkryłam całkowitym przypadkiem, lata temu. Gospodarstwo prowadzone przez wspaniałe małżeństwo, dla których stworzenie gościnnego i przepięknie urządzonego domu to pasja, a nie czyste źródło zarobku. Serce widać w każdym elemencie tego miejsca, a co najważniejsze – widać je w kotach.

Z Kicurem w Jesionówce – 2012 rok.

W Jesionówce mieszkają obecnie 3 koty: Puchacz, Kicur i Tosia. Wszystkie trzy zadbane, zdrowe, kochane i co najważniejsze – WYKASTROWANE. W swoim domu czują się w roli gospodarzy: witają gości, domagają się głasków, wpuszczania i wypuszczania przez drzwi do części wspólnej, honorowego miejsca przy kominku. Gdy Kicur siądzie komuś na kolanach obowiązuje zasada „nie mogę, kot na mnie leży”. Nie ma pójścia po herbatę, czy do toalety, koty rządzą światem.

Puchacz – 02.2018.
Kicur na stanowisku – 02.2018.

Tak, są to koty wychodzące. To w zasadzie jedyny aspekt, przy którym boli mnie serce, a rozum podpowiada długą listę zagrożeń. I choć to żaden argument, a wypuszczania zdecydowanie nie popieram, to jednak odwiedzam to miejsce od lat i od lat koty witają mnie na progu. Całe, zdrowe, szczęśliwe. Bo Goworów to naprawdę przysłowiowy „koniec świata” (dalej jest już tylko masyw Śnieżnika i Trójmorski Wierch). I choć zagrożenia są wszędzie, a coś takiego jak „bezpieczna okolica” nie istnieje, to jednak bardzo liczę na to, że cała kocia trójka będzie tam na mnie czekać przy kolejnych wizytach.

Kicur, Tosia i Puchacz na kolacji – 02.2018.

Biebrza
Do dziś zastanawiam się co mnie podkusiło, by jechać na Podlasie. Cokolwiek to było, zawiodło mnie w lipcu do agroturystyki nad Biebrzą, a koty powitały mnie od progu. Oj, daleko im było do zadbanych i otoczonych opieką kotów z Jesionówki. Młoda (około roczna) kotka zarobaczona i w ciąży (właścicielka miejsca była szczerze zdumiona, że kot może być w ciąży w terminie innym niż marzec), do tego kocur teściów – kilkuletni, również niekastrowany, we wsi jeszcze kilka innych kotów – wszystkie w wieku pozwalającym na zabiegi, wszystkie kocury z pięknymi jądrami jak dzwony.

W chwili przyjazdu – 07.2018.

Czy w tej okolicy nie słyszeli o kastracji? Otóż słyszeli i to nieźle – gmina miała nawet gotowy program kastracyjny, w ramach którego można było wykonać zabieg u kocura za dopłatą w wysokości 8 złotych!!! Przepraszam bardzo, ale nikt mnie nie przekona, że to zaporowa cena… Zaporowy okazał się wkład własny – jak wyjaśniła mi później pani doktor z Moniek, która pomagała mi ratować sytuację na miejscu. Problemem dla tamtejszych mieszkańców jest wzięcie kota pod pachę, dostarczenie na zabieg, a następnie odebranie go i ewentualne przetrzymanie przez kilka dni by się wygoił. Tak, TO jest problem. Nie umierające kocięta, nie nadpopulacja, nie cierpienie i śmierć. To dla nich normalne. Nawet nie wiem jakich słów użyć, by oddać jak bardzo jest to przykre.

Kotka po kastracji w prowizorycznym „kaftaniku” – 07.2018.

Pobyt nad Biebrzą zmienił się w ciąg wizyt w gabinecie weterynaryjnym. Młoda czarna kotka została wykastrowana aborcyjnie po tym, jak pierwszy płód poroniła w mojej łazience (jak się potem okazało takie poronienia u młodych kocic są w tamtym rejonie zjawiskiem częstym, co wstrząsnęło mną jeszcze bardziej, bo to świadectwo tego jak bardzo niewłaściwie rozwija się tam kocia populacja). Ponadto wymagała przeleczenia kataru i bardzo solidnego odrobaczenia. Żeby nie było zbyt łatwo po zabiegu wdały się komplikacje w postaci krwawienia wywołanego kaszlem na tle robaczycowym. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, a właścicielka pokryła koszty opieki weterynaryjnej.

Rekonwalescencja pozabiegowa – 07.2018.

I choć z ciężkim sercem zostawiałam tam kicię, to wiem, że przynajmniej nie będzie już musiała rodzić niechcianych i zbędnych kociąt. Właścicielka dostała też ode mnie całą kartkę zaleceń dotyczących bieżącej opieki (w tym weterynaryjnej). Niestety nie zdążyłam wykastrować lokalnego kocura, udało się go natomiast odrobaczyć, co też uważam za pewien sukces (lepsze to, niż nic).

Portrecik pamiątkowy – 07.2018.

To nie koniec perypetii związanych z kotami w tym miejscu, pozostaje jeszcze historia puchatej rodziny: pięknej kotki i jej miotu maluchów. To jednak historia zasługująca na osobny wpis, o który może się kiedyś pokuszę. Najważniejsze, że wszystkie trzy zwierzaki są bezpieczne, a kocięta w tym momencie mieszkają już we własnych domach. Fakty były jednak takie, że po powrocie z tamtego miejsca potrzebny mi był wreszcie jakiś urlop. I to szybko.

Nadmorskie Dźwirzyno
Na trzeci tegoroczny odpoczynek wybrałam dom gościnny 4 Strony Świata w Dźwirzynie (12 km na zachód od Kołobrzegu). Pierwszy kot powitał mnie już na szyldzie informującym o wolnych pokojach – na szczęście był blaszany. Kolejne koty – tym razem całkiem żywe – czekały na podwórku. Pomyślałam w pierwszym momencie, że znów się nie uda odpocząć, że trzeba będzie działać, walczyć, ratować. A potem poznałam właścicielkę, która odpowiedziała mi kocią historię tego miejsca.

Koty Pani Anny – 09.2018.

Goście przyjeżdżają do jej pensjonatu od 10 lat – tyle ma jej dom i jej historia walki o lepszy koci los. Gdy zaczynała swoją działalność w Dźwirzynie po miejscowości biegały setki bezdomnych kotów, które mnożyły się bez żadnej kontroli. Pani Anna nie mogła na to patrzeć, zrobiła więc najmądrzejszą rzeczna świecie – zaczęła kastrować! W ciągu tych 10 lat, współpracując z lokalną lecznicą weterynaryjną, wykastrowała ponad 200 kotów. Leczyła, szukała domów, przygarniała co się dało i przekazywała do adopcji. Jej działania realnie odcisnęły się na lokalnych kotach.

Koty w ogrodzie – 09.2018.

W swoich działaniach udało jej się pogodzić biznes z pomocą (co nie jest łatwe, bo wielu ludziom obecność zwierząt przy pensjonacie przeszkadzała). Obecnie przydomowe koty mają sprytnie ukryte wejście do drewutni, w której stoją styropianowe budki wyłożone kocykami, a na ziemi przygotowane są miseczki z jedzeniem. Pomieszkujące tam zwierzaki, choć dobrze znane swojej opiekunce, nie są nakolankowymi miziakami. W ogrodzie czują się swobodnie, ale turystów nie zaczepiają i nie są chętne do kontaktu. I dobrze, bo dzięki temu są bezpieczniejsze. Piękne, zadbane, wykastrowane wiodą spokojny żywot, obcując z człowiekiem na dystans. Zawsze jednak mają się gdzie schronić i czym napełnić brzuszki, a w razie choroby mogą liczyć na pomoc.

Szopa z kocim schronieniem, budkami i stołówką – 09.2018.

Jak jeździć by nie zwariować?
Oto jest pytanie. Gdy na co dzień pracuje się ze zwierzakami nie sposób zamkną oczu, odwrócić głowy, powiedzieć: „jestem na wakacjach i mam w nosie”. Nie da się przestać pomagać, biorąc sobie wolne. Pozostaje więc jeździć tam, gdzie pomagać nie trzeba, lub gdzie pomoc ma niewielki charakter (tak jak miało to miejsce w Dźwirzynie, gdzie moje działania ograniczyły się do rozmowy o kocich zachowaniach w kontekście domowej kotki na co dzień zajmującej mieszkanie Pani Anny).

Kotka w Dźwirzynie przy głównej ulicy – 09.2018.

Miejsca takie jak Goworów czy Dźwirzyno powinny być zaznaczane w jakimś ogólnopolskim serwisie punktów turystycznych ze szczęśliwymi kotami – miejsc, w które każdy kociarz może pojechać z pełnym spokojem wiedząc, że tam faktycznie odpocznie. Gdyby ktoś planował kiedyś taką mapę, to dwa pierwsze punkty już ma.

Tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

*Ten tekst nie ma charakteru reklamowego i jest jedynie wyrazem mojej subiektywnej opinii na dany temat.  Nie odniosłam z jego tytułu żadnych korzyści materialnych i nie planuję takiego faktu w przyszłości.

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Agata Kozłowska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agata Kozłowska
Gość

Przyznam, że wstrząsnęła mną historia kotki, która poroniła a zwłaszcza to, że jest to częste w tamtych rejonach. Człowiek z powołanie nie ma wakacji 🙂