BARF kontra kuweta – przypadek Stefana

Jeśli ktoś z czytelników bloga śledził wcześniej historię moich kotów na Fb, to zapewne pamięta, że  Stefan jest kotem, który od 11 lat zmaga się z problemami jelitowymi (wybaczcie, jeśli ktoś czyta ten wpis do śniadania, ale w kocim światku rozmowy o zawartości kuwety chyba nikogo nie zdziwią). 11 lat walki przeprowadziło mnie przez wiele różnych opcji żywieniowych – niekiedy bardzo skrajnych. W kocu jednak, po latach prób, znaleźliśmy odpowiedź.

Stefan to kot z wieczną niestrawnością, którego żadna dieta nie stabilizowała na dłużej. Był taki czas, kiedy jedyną rzeczą, po której czuł się dobrze, były różowe saszetki Felixa z Biedronki (tak, te konkretne i żadne inne) – więc, ku mojej rozpaczy, jadł je dzień w dzień. Nie dawały rady dobre karmy mokre, puszki wysokomięsne, diety specjalistyczne i weterynaryjne – nic. Wizyta w kuwecie następowała średnio 4-6 razy na dobę, a konsystencja (i zapach) to był dramat. Przy zaostrzeniu stanu wizyt bywało nawet kilkanaście a z kota dosłownie wylewała się woda. Ze względu na zaburzony proces wchłaniania Stefan był cały czas na granicy niedowagi, zwłaszcza, że jest kotem bardzo aktywnym i dużo energii spala w codziennej aktywności. Badało go kilkunastu lekarzy, nikt nie miał pomysłu jak pomóc. Diagnoza opiera się na teorii o uszkodzonych kosmkach jelitowych, których odtworzyć się nie da. Pozostawałby przeszczep jelita, co z miliona względów jest nierealne.
Szukając rozwiązań przez lata doszłam do artykułów o naturalnym żywieniu i stopniowo przyzwyczajałam kota do mięsa. Okazało się, że na srurowiźnie jest lepiej, choć nie idealnie. Kocur też miał swoje smaki i po kilkunastu dniach jedzenia czegoś, co początkowo było pyszne i budziło zachwyt, nagle się obrażał, a ja szukałam kolejnego rozwiązania. Mimo, że dostawał suplementowe mieszanki wiedziałam, że na dłuższą metę tak być nie może i że BARF to jedyna opcja. No i stało się  🙂

Już po pierwszym tygodniu karmienia BARFem nastąpiła zmiana i to niesamowita! Przede wszystkim zniknął smród, a kot od tego momentu kuwetę odwiedza zdecydowanie rzadziej. Co więcej, zdarza się, że to, co tam znajduję po jego wizycie, ma postać KAWAŁKÓW! Takiego sukcesu nie mieliśmy nigdy, nawet, gdy kot był na silnych lekach (w tym Metronidazol w długich seriach). Kolejne miesiące przynosiły dalsze efekty: delikatny przyrost masy ciała (do przedziału normalnego dla jego gabarytów i budowy), ograniczenie ilości wymiotów (które wcześniej zdarzały się regularnie – zwłaszcza rano), poprawa jakości sierści.

Żeby nie było – u moich pozostałych trzech kotów też jest znacząca poprawa – wiecie, jaka to ulga, kiedy rano człowiek podchodzi do kuwety i nie musi zatykać nosa oraz wietrzyć mieszkania po nocy? Kto spotkał koty na diecie BARF i czyścił im kuwetę, ten wie o czym mówię.

Jeśli więc nie przekonuje Was argument o mięsnej diecie dostosowanej do potrzeb drapieżnika, to może przekona Was to: kocia kupa po BARF’ie nie śmierdzi, a kot wydala ją średnio co 2-3 dni. I tak, jest to NORMALNE!. Wiecie jaka to oszczędność na żwirku?  😉

Tech. wet. Małgorzata Biegańska-Hendryk

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "BARF kontra kuweta – przypadek Stefana"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Maja
Gość
A co mam zrobić w przypadku gdy kot w ogóle nie chce surowego mięsa, No nie tyla i koniec!? Jada Feringe zmieszana z odrobina badziewia Felixa z saszetki bo tam jest sos… poza tym chrupy ma bezzbozowe tez Feringa lub concept for life, dostaje kocie kiełbaski bezzbozowe, i od czasu do czasu badziewiaste Driemsy, w zabawkowej myszce czyli sama musi pobiegać żeby je zdobyć. Tez zaczął nam się problem z kupami jakiś czas temu, we wtorek przestałam podawać jej Metronidazol, boje się ze znów wszystko wróci, bo po leku wszystko się ustabilizowało, a tez wet mi mówił o dalszej diagnostyce… Czytaj więcej »